wtorek, 24 czerwca 2014

Rozdział 21: W końcu!

    Wiem, że mój temperament mi nie pozwoli dość długo być posłuszną. W końcu wybuchnę, ale się muszę kontrolować, dla Peety. 
   Kładę miskę z zupą na stole, pewnie jest przesolona i bez smaku, ale lepiej nie potrafię. 
- Nie jesz? 
- Nie jem. - Odpowiadam, straciłam apetyt.
   Zmywam, ta, będzie jak w bajce, jak w Kopciuszku, tyle, że ja nie wierzę w wróżki i karoty znikąd. - Myślę z przekąsem. 
   W pracach typu sprzątanie mija mi reszta dnia. Coraz większa żądza mordu wzbiera we mnie. Już niedługo, Katniss., myślę. 
   Siadam na kanapie i zasypiam na siedząco, rzecz jasna, budzę się z krzykiem. Żałuję, że nie ma obok mnie Peety do którego bym się przytuliła. 
   Słyszę kroki i widzę Gale'a w piżamie. Jedno oko ma zamknięte, drugie przymknięte. Ma nie ogarnięte włosy. Zapewne go obudziłam. Jest wkurzony. 
- Co cie opętało, debilko? Zamknij się, idiotko, na prawdę masz nie równo pod sufitem!  - Gdyby był bardziej obudzony zarobiłabym jakiegoś sińca. 
   Gale wraca korytarzem. 
   Nie idę spać. Wychodzę. Drzwi są otwarte. Nie mogę uciec, jeśli to zrobię Gale zabije Peetę. 
   Jest zimno, za zimno jak na moje ubranie, ale mnie to nie obchodzi. 
   Kostnieją mi palce, ale mnie to nie obchodzi. 
   Mam czas na przemyślenia. Gdzie jest Peeta? Im bardziej o nim myślę, tym więcej łez, które wcześniej skrupulatnie przemieniałam w siłę by nie płakać. Zaklinam się, że w ogóle dotknęłam tych głupich wnyków jako głodna, mała dziewczyna, która ledwo co dorastała ludziom z jej klasy do nosów. 
   Haymitch, pośpiesz się, błagam w myśli. 
   Po paru godzinach wschodzi słońce. 
   Wiem, że muszę zrobić śniadanie. Mimo iż jest mięso i wszystko, mówię, że idę na polowanie. 
   Rzeczą jasną jest, że idę do Haymitcha. Wpadam jak poparzona do domu mentora. 
- Katniss, dziecko, wyglądasz fatalnie! - Nie ma to jak miłe "dzień dobry" od Effie, ale jej głos jest przepełniony troską. 
   Spoglądam w lustro, faktycznie, wyglądam fatalnie, siniaki na polikach i szczęce, potargane włosy. 
- Gdzie Haymitch?
- Idź na górę, piąte drzwi po lewej, jak nie bimber, to telewizję zaczął nałogowo oglądać. 
Idę więc do wskazanego przez Effie pokoju. Haymitch siedzi rozwalony na kanapie. 
- Masz coś? - Pytam się troszkę niepewnym głosem 
- Tak. 
- Co!? Gadaj! 
- Spokojnie. - Haymitch wyciąga mapę Dwunastki z zaznaczoną trasą. - Widzisz to? Idziesz tak, tak, tak i tak. - Mentor rysuje palcem po kresce narysowanej węglem rysunkowym. - Potem wbijasz się do piwnicy. - Jak już tam wejdziesz, to postój tam trochę i poudawaj strażnika.   
- Dziękuje, Haymitch. - Zupełnie tak jak wcześniej, wybiegam jak na skrzydłach. 
   Swoje kroki kieruje na Ćwiek. Kupuję od rzeźniczki trochę mięsa i warzyw, żeby nie było, że próżnowałam.
   Przygotowuję śniadanie. Syrop nasenny spoczywa w mojej kieszeni, razem z planem miasta. Nie widzę nikogo w kuchni, wiem, że to ten moment. Dodaję syrop do miski Gale'a Dla niepoznaki - ja również sobie przygotowuje porcję.
- Śniadanie! - Wołam. 
- W końcu. - Przychodzi Gale, je parę kęsów. 
   Jego organizm jest silny, jeszcze nie śpi, ale nie jest w stanie wstać od stołu. Mówi słabym i cichym tonem, jest jednak przepełniony wściekłością:
- Suka! 
- Dupek.  
   Kopię Gale'a w brzuch. Otumanienie syropem pozwala mu tylko delikatny grymas, potem zasypia i zsuwa się z krzesła. 
  Ubieram bluzę, którą widocznie zabrałam. 
  Idę trasą wyznaczoną przez węgiel na mapie. Gdy dochodzę widzę stary, opuszczony dom. 
   Dzieci ze Złożyska kiedyś tam wchodziły i bawiły się w "Kto wejdzie na dach", żadnemu dziecku się to nie udało, ale jakaś durna osiemnastolatka, Lulee Antoo kiedyś weszła na dach, stawiając nogi na wystających gwoździach, a było ich całkiem sporo. Została bohaterką dzieci Złożyskowych, ale powtarzając swój wyczyn, zginęła, spadła, a wystający gwóźdź zahaczył o jej gardło, zmarła po parunastu minutach. Prim miała wówczas tylko dziesięć lat, ale i tak chciała pośpieszyć jej z pomocą, odciągnęłam ją mówiąc:
- Ona już nie żyje, nie uda się, nawet nie próbuj. 
Prim wtedy odrzuciła moją rękę z ramienia i pobiegła do Lulee. Moja siostra trzymała zupełnie nieznajomą dziewczynę z rękę, gdy ta się wykrwawiała. Właśnie taka jest Prim, ona nie potrafi stać bezczynnie, gdy ktoś cierpi, nie ważne czy kiedykolwiek widziała tę osobę. 
   Na drewnie nadal widać krew Lulee. Po tym zdarzeniu nikt już tam nie wchodzi, uznano to miejsce za nawiedzone poltergeistem dziewczyny. [Od Invictus. Poltergeist, duch który porusza rzeczami, hałasuje i ogólnie straszy.] 
   Dobry ruch, Gale, wykorzystać miejsce gdzie nikt nie wchodzi. Poprawka, ja wchodzę, duchy mi nie są straszne. - Myślę. 
   Gale po śmierci Lulee powiedział, że nie wejdę. 
- Nie wejdziesz tam. Będziesz się bała. - Kpił sobie. 
- Nie będę! - Protestowałam. - To TY będziesz się bał. 
- Ja!? Pokarzę ci. - Po tych słowach wszedł drzwiami i po chwili wywalił głowę przez okno na parterze, pokazał język i powiedział: - Teraz ty. - Zrobiłam więc to samo. 
   Wchodzę do domu, nie ma mebli, jakieś hałasy. Pewnie ten "poltergeist", jeśli w ogóle istnieje. Nie on mnie przeraża. Przeraża mnie plama świeżej krwi. Doskonale wiem czyja to krew. Powstrzymuje się by nie płakać. Tak bardzo się martwię, że zapominam po co przyszłam. Żelazisty zapach wypełnia pomieszczenie. Od oparów woni nachodzą mi łzy do oczu. Muszę być silna. Ocieram łzy i czuję siłę, by działać. 
   Dostrzegam schody. Idę przed spróchniałe stopnie prowadzące w dół, widzę dwóch strażników, ubrani w czarne swetry i spodnie, mają czarne kominiarki. Z budowy pierwszej osoby widzę po piersiach i nogach, że to kobieta. Druga osoba jest bez wątpienia mężczyzną. Oboje mają okulary przeciwsłoneczne. Gale musiał im zapłacić, tylko skąd ma pieniądze? Myślę, że tego się nie dowiem.
   Skradam się delikatnie po schodach. Biorę głowę kobiety i walę o głowę mężczyzny. Oboje mdleją. Biorę wsuwkę z włosów i otwieram drzwi które chronili. 
- Peeta! - To brzmi bardziej jak westchnienie. 
- Katniss. 
   Z jego żebrami jest o wiele gorzej. Na twarzy ma paletę barw, od żółci, do niebiesko-fioletowego odcieniu i parę ciętych. Na widok całkiem świeżej i ledwo zaschniętej posoki na ramieniu Peety mam ochotę się rozpłakać.  
   Przytulam go z wielką ulgą. 
   A więc żyje. Jakby na to spojrzeć logicznie; oczywiście, że żyje, gdyby było inaczej, Gale nie miałby nic, by trzymać mnie w ryzach, nie miałabym zahamowań by mu się przeciwstawić. 
- Musimy się zwijać. - Na te słowa Peeta idzie i się krzywi, więc biorę go za ramię, tak jak gdy miał ranną nogę i szukaliśmy miejsca na nocleg. Wychodzimy z pokoju, a raczej klitki. Daję Peecie odpocząć chwilę.
   Zdejmuję strażniczce kominiarkę i okulary. Nie znam jej, ktoś ze Złożyska. Ma około 15 lat. Cholernie młoda, po twarzy widać, że cholernie głodna. Pewnie dlatego zgodziła się na tę fuchę, pewnie w zamian dostała jedzenie, może jeszcze trochę dla jej rodziny. Mężczyzna, ba, za dużo powiedziane! Chłopiec, również ma około 15 lat, jest również cholernie chudy, wygląda jak bliźniak dziewczyny leżącej obok. 
- Dobra, przebieraj się. - Nakazuję Peecie, a sama przebieram się w ciuchy strażniczki. Strażniczkę w bieliźnie i moje ciuchy wrzucam do klitki. Peeta robi to samo, naśladuje mnie i o nic się nie pyta. 
   Staję po prawej stronie drzwi, a Peeta po lewej. Mimo, iż nic nie mówię, on rozumie. 
   Po paru godzinach przychodzi Gale, najwyraźniej przed chwilą się obudził. Jest wściekły, a złość wręcz tworzy złowieszczą atmosferę. 
- Ktoś tu był? 
- Nie. - Odpowiadam grubym tonem, ale nie jestem pewna czy taki właśnie ton miała ta wychudzona dziewczyna. Gale coś podejrzewa, widzę to po twarzy. Podchodzi bliżej i patrzy się w zakoszone okulary. Szybkim ruchem zrywa mi kominiarkę. Powstrzymuję Peetę od działania delikatnym ruchem dłoni. Najwyraźniej rozumie. 
- Nie zbyt to sprytny plan. Nie sądzisz? - Szepcze, szkoda, że nie wrzeszczy. Szept jest straszniejszy. Ale ja się nie boję, jestem przygotowana do walki, ale i do dyskusji na poziomie cywilizowanych ludzi. 
- Może, ale liczy się skutek.
- Tak, liczy się skutek. Skutek jest taki, że wygrałaś. 
- To nie było aż takie trudne do przewidzenia. 
- Nie było. Dam ci spokój, ale pod jednym warunkiem. 
- Jakim? 
- Dyskusja, cztery oczy, dziesięć minut. 
- Pięć minut. - Zmniejszam stawkę cedząc słowa przez zęby. 
- Osiem minut. 
- Siedem minut i ani sekundy więcej. - Znów cedzę.  
- Stoi, dobiliśmy targu. Odprowadź Mellarka i przyjdź tutaj. 
- Stoi. - Cedzę. - Chodź. - To mówię już łagodnie i biorę Peetę tak jak wcześniej. 
   Tuż przed domem w wiosce mówi:
- Katniss, to nie jest rozsądne. 
- Ale to jedyne wyjście. Zaraz wrócę, obiecuję. - Całuję go i idę. On, chcąc nie chcąc, wchodzi do domu. 
   Wchodzę do "nawiedzonego" domu. Od progu już słyszę:
- Kotna, posłuchaj, nadal mogę być taki jak kiedyś. 
- Wierzę ci, że możesz, ale ja nie chcę już cię znać! Co ty sobie myślałeś?! Że po tym wszystkim nadal będę chciała się z tobą przyjaźnić? 
   Milczy. Podyskutowaliśmy sobie, to dobrze, teraz czymś innym wypełnimy dalsze siedem minut. Doskonale wiem co zrobić. Obmyślam plan. Kop na wysokość żeber, potem brzuch, kolano i krocze. Realizuje plan a Gale upada z wykrzywioną twarzą. Kopię leżącego, może to nie zbyt fair play, ale to co on robił, też nie było fair. Po jakiejś minucie wypełnionej jak najsilniejszymi kopnięciami Gale cicho i słabo się odzywa:
- Przestań, proszę.
- Chciałeś siedem minut. - Odpowiadam nie przerywając kopania. 
- Ale dyskusji. 
- Cicho, jeszcze pięć minut i dwadzieścia jeden sekund. - Uciszam go patrząc na zegarek, który musiałam najwidoczniej kiedyś założyć i nie zdjęłam. 
- Proszę...
- Też prosiłam, nie pamiętasz? 
- Pamię... - Urywa, bo moja noga miała bliskie spotkanie III stopnia z jego gardłem. Jego usta plują krwią na podłogę. 
- I co ci po tym pamiętaniu? Nic, więc zamknij się, idioto, na prawdę masz nie równo pod sufitem! - Cytuję go, zmieniając tylko formę. Daje mi to satysfakcję, że mogę użyć jego własnych słów przeciw niemu. 
- Błagam cię, przestań, nie widzisz? Proszę cię! - Jego twarz wygląda fatalnie, stróżka krwi cieknie po brodzie, a oczy są wypełnione łzami, muszę kopać na prawdę mocno, nigdy nie widziałam by płakał, mimo iż podczas polowań wiele blizn, skaleczeń i wiele innego bólu doświadczył. A może boli go emocjonalnie? Ne ważne jak, jego łzy, mój triumf. Jeszcze parę minut, aż na moim zegarku mija siedem minut. 
- Masz czego chciałeś, masz siedem minut. - Odwracam się na pięcie. Przepełnia mnie duma. 
   Wchodzę na teren wioski i widzę Prim, Vicka, Rory'ego grających w gumę. Nie mam powodu by nienawidzić trójki rodzeństwa Gale'a. Poza tym, gdy dowiedziałam się, że się wyprowadził, nie widzę już między nim, a trójką tych dzieci tak wielkiej więzi. To trio jest teraz po prostu dziećmi, bez względu na to jakiego mają brata. Posy siedzi na progu schodków prowadzących do niezamieszkanego domu. Dziewczynka protestuje grze:
- Ja jestem za niska! Nie możemy za grać w coś innego? 
- Nie Poss. - Rory zdrabnia imię siostry. - Jak nie masz genów, to cierp. Ja w twoim wieku byłem wyższy o jakieś piętnaście centymetrów, lilipucie. 
- Nie lubię cię! - Posy wbiega na nogi brata i próbuje go przewrócić. Nie udaje jej się to, więc napiera rękami na brzuch chłopca i przebiera małymi nóżkami, tak, że się kurzy. 
   Zostawiam ich i wchodzę do domu. Przytulam Peetę. 
- I jak?
- Pogadaliśmy sobie. Jakieś czterdzieści sekund. Potem się nie powstrzymałam i pięści poszły w ruch. 
- Nic ci się nie stało? - Peeta jest zaniepokojony. 
- A czy ktoś powiedział, że to były jego pięści? 
- No fakt, nie powinienem w ciebie wątpić. 

   Reszta dnia jest prawie bez słów, leżymy na kanapie przytulając się, całując i czując ciepło swoich ciał. Peeta zasypia, nadal stykając swoje usta z moimi. Ja również zasypiam po chwili. 





   PRZEPRASZAM! Wiem, nie było mnie, ale moja wena chyba postanowiła się przedstawiać tak:
- Dzień dobry! Jestem Wena! Mieszkam w śmietniku! Planeta Jupiter! 
Ale jednak dziś postanowiła wrócić! Koniec wakacji, Wenko! Przepraszam jeszcze raz i na pocieszenie daje wam CIASTKO NIEUSTRASZONYCH! (Niezgodni zrozumieją) Taki specjał. Mam nadzieję, że się cieszycie! 


źródło: www.kulinarnespotkania.blogspot.com



~Invictus








poniedziałek, 2 czerwca 2014

Rozdział 20: O tym co można zrobić za 10 litrów bimbru.

   - Zostaw go! - Wzbiera we mnie smutek, ale chcę go przekuć w złość. 
- A to zależy wyłącznie od ciebie, Kotna. 
- Co mam zrobić? - Jestem gotowa zrobić wszystko. 
- Masz być posłuszna, zamieszkać ze mną. Inaczej... - Przejeżdża palcem po szyi. - To jak? 
- Dobrze. - Posyłam Peecie smutne spojrzenie, próbuję się pożegnać, otwieram usta by to zrobić... I wtedy dostaje plaskacza. Boli, ale zaciskam zęby i się zamykam. 
- Idziesz! - Gale łapie mnie za rękę i popycha. 
- A w co się ubiorę? - Pytanie, niby niewinne, miało pokazać, że w czymś się pomylił, że jestem lepsza, bo ja to zauważyłam, a on nie.
- To idź weź jakieś ciuchy, tylko migiem! - Dodaje ostro. 
- To mnie rozwiąż. - Przypominam, a Gale robi to.
 Zauważam, że, by dotrzeć do szafy, bedę musiała minąć Peetę. Idę, a moja ręka delikatnie dotyka dłoń Peety. Patrzę się na niego smutno, on odwzajemnia spojrzenie. Bardzo chciałabym powiedzieć mu choć dwa zdania, brzmiałyby "Muszę." i "Znajdę cię, obiecuje." Próbuję mu to przekazać z pomocą wzroku ale ktoś mi przerywa. 
- Miałaś się pośpieszyć. - Nie ruszam się, więc czuję jak ktoś mnie popycha, jak grucham na podłogę, ból nadgarstka. Dopiero wtedy idę w kierunku szafy. Zabieram naręcze ciuchów, mimo iż nie chcę tego robić. 
 Uświadamiam sobie, że nadal jestem w piżamie. Idę się przebrać do łazienki. Wybieram czarny t-shirt, luźny, troszkę workowaty, nie mam zamiaru się stroić. Wybieram odruchowo również czarne i również workowate dresy, zauważam jednak jedną rzecz - wybieram czarny - kolor żałoby. E tam, nic takiego, po prostu lubisz czarny, Katniss, tłumaczę sobie to w myślach. 
  Nagle słyszę głos:
- I co? Mówiłem ci, Mellark, ja spełnię to co powiedziałem w lesie. 
- Główka cię przypadkiem nie boli? - Niewinne pytanie, ale wypowiedzone tak mściwym i nienawistnym tonem, jakim nigdy nie słyszałam z ust Peety. 
- Uważaj sobie. 
Postanawiam uchylić drzwi i zobaczyć co robią. Okazuje się, że stoją naprzeciw siebie i mierzą się wzrokiem. Bardzo szybko zakładam spodnie, aby niczego nie przegapić. 
- Mam się bać CIEBIE? - Peeta wypowiada ostatnie słowo z niedowierzaniem i rozbawieniem. 
 Jest źle, ja zawsze pakuję się w kłopoty, nie on, on jest od prostowania moich wypocin i bycia miłym. 
- No żebyś się nie zdziwił. - Gale idzie w kierunku łazienki, więc szybko się cofam, zamykam drzwi i udaje, że poprawiam bluzkę, bo mi źle leży. Słyszę walenie w drzwi. - Rusz się!
- Już. - Odkrzykuje, choć wcale nie mam na to ochoty, ale muszę się z tym pogodzić. Cofnij, nie muszę się z tym pogodzić, wystarczy, że stawie temu czoło, ale jeszcze nie teraz, co zrobię, z pewnością odbiję się na Peecie. 
- To wyłaź! - Polecenie jest tak stanowcze, że natychmiast je wykonuje. - W końcu, ile można się ubierać... - Maruda, myślę. - Ale, w końcu, jednak jesteś kobietą. - No brawo, myślę. - Dobra, bierz tamte ciuchy i idź. - Wykonuje polecenie. - Wyłaź. - Popycha mnie, nie mam szansy nawet spojrzeć na Peetę. Znów grucham na podłogę. Łapię się klamki i wstaje. Muszę wyjść, nie ma innej opcji, bo znów jestem popchnięta, tym razem lżej. 
  

  Jesteśmy już w tym samym betonowym domu, nie chcę tam być. 
- Siadaj. - Warczy Gale i wskazuje fotel. Robię to, co mi w końcu pozostało? Siada obok mnie, na drugim fotelu. Łapie mi kosmyki włosów i bawi się. Muszę to wytrzymać. - Dobra, idź coś ugotować.
- Nie umiem, nigdy nie gotowałam. - Zaprzeczam, dostaję mocny cios w oko. 
- Nikt cię o zdanie nie pytał, idź na polowanie, potem na Ćwiek i przehandluj jakieś mięso. To takie trudne? Masz dwie godziny.
- Dobra. - Wychodzę.
  Mam zamiar iść do rzeźniczki, bo nie chcę iść na polowanie. Kupuję jeszcze warzywa i mam wszystkie składniki, ale zamiast wrócić, staram się wymyślić kto mógłby mi pomódz. Wyliczam w myślach osoby które są ze mną wystarczająco blisko by mi pomódz. Mama, nie, za stara. Prim, nie, za młoda, w dodatku nie chcę jej w to wciągać. Już wiem! Haymitch! O ile jest trzeźwy. Ale Effie dba o niego, by nie pił, więc pewnie nie jest uchlany. 
 Kieruję się w stronę wioski. Otwieram drzwi które zawsze są uchylone. 
 U Haymitcha, po raz pierwszy od kąt pamiętam, ładnie pachnie, nie ma góry śmieci, w końcu widać kolor ścian, które wcześniej, pokryte brudem i plamami, nie ukazywały swojej barwy.
 Haymitch siedzi na krześle i ogląda telewizję. 
- Co? - Wita mnie. 
- Effie jest? - Nie wiem czemu, ale chciałabym to zachować między mną i Haymitchem.
- Nie.
- To dobrze, pomóż mi. - Mam błagalny ton.
- W czym? - Prawie słyszę jak dopowiada: "Co nabroiłaś, skarbie?", nie robi tego jednak, żadnych szyderczych uwag, jest tylko ciekawy. 
- Bo jak powiedziałam Gale'owi... - I pokrótce opowiadam całą historie. Gdzieś w momencie bójki pod drzewem ciepłe łzy znajdują ujście po polikach. Haymitch mnie pociesza, a ja kontynuuje snucie opowieści. Kończę zdaniem : - Musisz go znaleźć, a jak będziesz wiedział, powiedz gdzie jest.
Haymitch się waha, więc natychmiast dodaję:
- Kupię ci 10 litrów bimbru. - Wiem, że wszyscy na Ćwieku wiedzą od Effie, że Haymitch ma zakaz kupowania bimbru i nie wolno mu sprzedawać procentów, ale mnie wolno. 
- Dobra. Masz, to ci pomoże. 
 Daje mi do ręki to, co dał mi na moich igrzyskach, to, co było ukryte wśród "cukrowych jagód", to, co mogło zadziałać, to co jest moją jedyną nadzieją, to co należy dodać, to co ma tak słodki i mdławy zapach, to co mi naprawdę pomoże.
 Syrop nasenny. 
- Czasem używam tego jak chcę się napić a Effie marudzi. Jak już się dowiem gdzie jest, ty uśpisz Gale'a i pójdziesz, rozumiesz? - Nie sądziłam, że jego mózg który nieustannie potrzebuje nowej flaszki potrafi uknuć plan.
- Niezły jesteś w kombinowaniu.
- Odkąd Effie mnie kontroluje z procentami, muszę kombinować. 
- Dziękuje, bimber będzie jutro. - Wybiegam cała rozanielona nową nadzieją. Katniss, uspokój się, myślę. Nie możesz być taka szczęśliwa, bo się połapie o co chodzi.

 Siedzę przy kuchni i zupełnie nie umiejętnie gotuje obiad. Czuję się jak szympans na kursie szydełkowania. Dziwnie sypię sól, nie wiem co robię. 
- Pośpiesz się! Głodny jestem! 
 Powstrzymuję by nie zmiażdżyć solniczki w dłoni, albo powiedzieć "To wypierdalaj na dwór i żryj gruz". Zamiast tego próbuję się jednak opanować.
- Jeszcze chwila. - Mówię trochę ostrym tonem. Cios w szczękę pokazuje mi, że ton był jednak za ostry. Gdy odchodzi posyłam mu wściekłe spojrzenie. 






  Mam nadzieje, że rozdział nie jest nudny. Ja to wiem, troszkę długo mnie nie było, ale chyba jest ok i w końcu nabazgrałam te swoje wypociny.
 Btw, ja wracam, włączam Bloggera, i co? 100 nowych wyświetleń! *Przytulas dla was wszystkich i wirtualna Fanta!*



~Invictus