niedziela, 25 maja 2014

Rozdział 19: Nóż na gardle.

  Mija południe, mija wieczór. Późnym wieczorem chcę spać. Idę do sypialni i zasypiam.


***

  Jestem w lesie, innym niż mój las, wokół Dwunastki. 
  Widzę dziewczynkę, na oko dziesięcioletnią. Ma na sobie zwiewną, czarną szatę, wygląda jakby była uszyta z chust. Dziewczyna jest blada, ma czarne włosy do ziemi, ma przeraźliwie chude ciało, jakby umarła z głodu.  Wygląda jak duch. Dziewczynka siada na kamieniu i zaczyna śpiewać:

Ona go uratować nie zdążyła.
Bo wybiła TA godzina. 
On odszedł tam, 
W siną dal...


Ona go kochała, 
Po jego śmierci się na dno staczała.
To dla niej okropne było,
Ale niestety się zdarzyło...


Ona rozpaczała,
Jeszcze niżej się staczała... 
Ona z rozpaczy TO samo zrobiła,
W końcu się z nim połączyła...

Co by ona nie zrobiła, 
Jego warta nigdy nie była. 
Od zawsze to wiedziała, 
Ale się starała, 
To nic nie dało, 
W końcu to ona stała się ofiarą. 

Dziewczynka kończy, czy to było o mnie? O mojej nie dalekiej przyszłości?
- Co to było?
- Śpiesz się. - Odpowiada tajemniczo. 
- Co? - Dziewczynka się na mnie patrzy. Co raz bardziej nabieram pewności, że to moja przyszłość. 
- Dobrze myślisz, nie mylisz się, śpiesz się. - Dziewczynka rozpływa się w powietrzu, pozostawiając za sobą czarną jak popiół mgłę w miejscu w którym siedziała. 

***

Budzi mnie to, że ktoś bawi się moimi rękoma, pewnie Peeta. Nie otwieram oczu, za bardzo chcę spać. 
- Peeta, zostaw, chcę spać. - Mruczę ledwo przytomnym tonem. Nie zostawia. - Zostaw, nie rozumiesz? Chcę spać.
- Nie ma spania, Kotna. - Na dźwięk tego głosu wzdrygam się i budzę, jestem nadal w mojej sypialni. On się nie bawił moimi dłońmi, on je związywał razem, ale nie to mnie najbardziej przeraża w całej tej scenie. 
  Peeta, bowiem jest trzymany przez kolegę Gale'a, w okolicach tchawicy ma przystawiony nóż...







 Zostawiam was z takim niezbyt szczęśliwym zakończeniem, ale to mi podpowiada wena, a jej się nie ignoruje. 
  Piosenkę sama wymyśliłam, podczas... Siedzenia na kiblu... PROSZĘ O NIE KOPIOWANIE PIOSENKI!
Jeśli tak się stanie, pozwę was za prawa autorskie! (Żart, taki ze mnie prawnik, jak z koziej dupy trąba. 


~Invictus















Rozdział 18: Rudzik

   Dzień minął szybko. Robię się śpiąca. 
- Idę spać. - Informuję Peetę i idę do łóżka. Kładę się i zasypiam.  
 Budzę się z krzykiem. Krzyk był wystarczająco cichy, by nie budzić Peety obok mnie. 
  Wstaję i przemywam oczy wodą by się rozbudzić. Nuda zaczyna mnie skubać więc myślę co zrobić. Najchętniej poszłabym do lasu, ale coś mnie odciąga od lasu. Mimo to idę tam. Widzę drzewo spotkań. Wyobraźnia mi podsuwa wspomnienia z wczoraj, Gale kopie Peetę. Idę dalej by odgonić te wspomnienia. Wyciągam łuk i kołczan z pnia. Widzę bobra, jednak nie posyłam w niego strzały. Ale bóbr pada martwy, bo przeszyła go strzała. To oznacza tylko jedno. 
 Gale tu jest. Tylko on mógłby posłać tą strzałę, przez pięć lat polowań nie widziałam nikogo kto również by kłusował. Ale Gale jest w kopalni. Chowam się w krzakach i czekam. Gale podchodzi do bobra. Czemu Gale w ogóle tu jest? Nagle patrzy na krzak w którym siedzę. Chyba myśli, że moje oczy są oczami zwierzaka. Naciąga cięciwę, więc jak poparzona wyskakuje z krzaku. Wchodzę na drzewo, na najcieńsze gałęzie. Wchodzi za mną. Wspinam się jeszcze wyżej, gałęzie ledwo mnie trzymają. Gale wchodzi jeszcze wyżej, próbuje mnie złapać za nogę. Pod lewą nogą Gale'a łamie się patyk. Prawie spada ale łapie się drzewa. Wchodzi wyżej i łapie mnie za kostkę, ciągnie mnie do dołu. Łapię się dość solidnej gałęzi obok. Mimo to, nadal ciągnie. 
- Zostaw mnie! - Nogą którą mam uwięzioną kopię go w twarz. Spada z jakiś czterech metrów.  Szybko schodzę na ziemie. Biegnę do ogrodzenia. Przechodzę do wioski i otwieram drzwi domu. 
- Masz jakieś mięso? - Wita mnie Peeta. 
- Tak, dziękuje, też cię kocham. - Mówię z przekąsem. 
- To masz jakieś mięso? - Powtarza a ja przewracam oczami.
- Nie mam. 
- A to ty nie byłaś na polowaniu?
- Byłam, ale Gale też był. 
- A to on nie pracuje w kopalni?
- W teorii powinien, ale w praktyce nie ma go tam. - Odpowiadam a Peeta robi minę która mówi, że najchętniej by się gotował do walki. Ale ja mam teraz przewagę, on nie może walczyć przy jego żebrach. Nie chcę by walczyli. - Czemu nie można sobie normalnie żyć, zawsze muszą być jakieś problemy?
- Nie wiem. - Przytula mnie. 
- Czy Hazele wie?
- Co wie? - Pewnie nawet nie wie kim jest Hazele.
- W kogo się zamienił jej syn. - Odpowiadadm. - Idę na Ćwiek.
- Nie idź, Katniss. 
- Wezmę zupę od Sae i wrócę. - Zanim zdąży zaprotestować, wypadam z domu i idę na Ćwiek. Wchodzę przez drzwi magazynu i podchodzę do Śliskiej Sae.
- Co dziś masz? - Pytam i zaglądam do dużego gara. 
- Rosół z dzikimi indykami. 
- Biorę dwie miski. - Mówię i podaję banknot. Sae nalewa mi zupy i podaje mi miski.
- Dzięki. - Idę w stronę wioski.  Ulice są puste. Otwieram drzwi.  Podaje Peecie zupę. Jemy w milczeniu. 
    Rozlega się dźwięk  rozbitego okna, Gale wpada do kuchni. Łapie mnie za ręce, próbuje go kopać, ale trzyma mnie na zbyt dużą odległość. Peeta jest wyciągnięty z domu tylnym wyjściem, mimo iż się rzuca i szarpie, jego żebra mu uniemożliwiają użycie siły. Czuję ciepłe łzy na twarzy.  Łapa Gale'a chce mi otrzeć łzy, gdy tylko orientuje się co chce zrobić, odpycham jego rękę i wrzeszczę:
-  Zostaw mnie! - Mój głos, mocny i stanowczy, samą mnie zaskakuje. Czuje pięść na skroni i ból na czole, ostatnie co pamiętam to to, że padam na panele...


    Budzę się w jakiejś piwnicy. Mam związane ręce. Leżę na jakimś surowym materacu. Widzę krzesło obok mnie, a na nim Gale'a. 

- Gdzie jestem? - Warczę. 
- Trochę grzeczniej. 
- Nie. - Zaciskam zęby i szykuję się na cios który pewnie nadejdzie. Mylę się jednak.  Gale robi coś innego, rozwiązuje mnie i próbuje objąć. Wyrywam się. Dopiero za to przyjmuję cios, mocny ból pulsuje mi na szczęce. - Jak możesz!? - Lecą mi łzy.
- Kotna, uspokój się. - Mówi, sadza mnie na krześle. Całuje mnie w polik, krzywię się, nie chcę by tak było. Sztywnieje, jeśli się sprzeciwię, dostanę, ale ja nie chcę go. Nie ruszam się.  Zamykam oczy, nie chcę widzieć jego szpetnej gęby. Krzywię się jak całuje mnie po raz jeszcze. Otwieram oczy, moje szare oczy są wypełnione łzami bezsilności. 
  Katniss, myślę, zwyciężyłaś igrzyska, utarłaś nosa samemu Snowowi, pokonałaś strach przed śmiercią na arenie, i boisz się takiego dupka? Nie, odpowiadam sobie w duchu. 
- Zostaw mnie. - Wykrzywiam mu rękę i przekrzywiam ją tak, że Gale zmuszony jest się położyć na brzuchu.  Kopię go w skroń, mdleje. 
- I kto tu teraz jest silny?  - Mruczę do siebie. 
   Patrzę na drzwi, są drewniane, ale solidne, nie rozwalę ich. Przypominam sobie jak kiedyś, gdy byłam wściekła szłam do lasu, brałam długą i grubą dwumetrową gałąź i waliłam nią w drzewo, kawałki kory odpadały, wpadam na pewien pomysł. Biorę krzesło i walę w drzwi, po parunastu uderzeniach robi się w nich dziura. Wychodzę, widzę korytarz z jeszcze dwoma drzwiami. W którymś pokoju może być Peeta. Walę w podstarzałe drzwi, które się natychmiast otwierają. Widzę kanciapę z mopami itp. Pozostają mi te solidniejsze drzwi, biorę wsuwkę z włosów, dopiero teraz przypomniało mi się, że ją mam. Wciskam ją w zamek, kiedyś Gale nauczył mnie tej sztuczki, teraz, gdyby był przytomny, żałował by tego, ale kto mógł przewidzieć, że to właśnie on sam siebie pogrąży. Grzebię spinką w zamku i coś klika, otwieram drzwi. Widzę Peetę, uśmiecham się i podbiegam do niego.  Przytulam się. 
- Peeta, nic ci nie jest? - Pytam.
- Nie, a tobie? - Patrzy się na moją szczękę. 
- Jest okey. To nic. Gale myśli, że będę cicho takim sposobem. - Zanim zdąży coś powiedzieć mówię: - Zwijamy się stąd.
- Wiesz gdzie jesteśmy?
- Pewnie jakaś piwnica, więcej nie wiem. - Biorę go za rękę i wychodzimy. Wchodzę na schody. - To ten dom. 
- Możesz jaśniej?
- Ten do którego mnie zabrał wcześniej.  Czekaj. - Mówię do niego. Przeciągam ciężkie ciało Gale'a do pokoju  nienaruszonymi drzwiami. Zamykam drzwi wsuwką. - Będzie miał niespodziankę. - Wiem, że długo tam nie pobędzie, znajdzie sposób by się wydostać. - Idziemy.  - Mówię i wybijam kolejne okno, nie te które poprzednio, tylko inne, jestem złośliwa, Gale będzie musiał zapłacić za dwie szyby. Wychodzę do jakiś chwastów na podwórzu, Peeta robi to samo, rozgląda się i stoi. - Chodź! - Ciągnę go za ramie, idzie za mną. Toruję sobie drogę przez chwasty które dosięgają mi do kolan. Dochodzimy do domu, widzę Prim która na podwórzu bawi się z tą masakrą genetyczną, Jaskrem. 
- Katniss, co ci się stało? - Dziewczynka mnie przytula. 
- Nic takiego, Prim. - Nie chcę ją w to wciągać. 
- Gdzie byłaś? - Przygryzam wargę, ona nie musi wiedzieć. Patrzę się na Peetę, liczę na jakąś pomoc. 
- Byliśmy na ciastku, Katniss się przewróciła. - Niezbyt wiarygodne kłamstwo, ale zawsze coś. Spoglądam na niego z miną "serio?". 
- Tak, a na końcu tęczy są krasnoludki z garnkami złota. - Mówi z przekąsem Prim, właśnie teraz ujawnia się cecha którą odziedziczyła po mnie, nie lubi kłamstw i wyczuwa gdy ktoś ją okłamuje. 
- Gale oszalał. - Mam nadzieje, że tyle jej wystarczy, i chyba tak jest, bo milczy. 
- Przytrzymasz Jaskra? - Pyta się po chwili.
- Muszę? 
- No, przytrzymaj go. 
- Okay. - Niechętnie się zgadzam i biorę go na ręce. Wyrywa się i próbuje mnie drapać. 
- Chcę Jaskrowi coś pokazać. - Prim biegnie za dom. Wraca z rudym kotem na rękach. Kolejny kot. 
- Kolejny? - Pytam ze udawanym strachem w oczach. Jaskier na podsuniętego pod nos nowego towarzysza. Wali go łapą.
- To Rudzik. 
- Mama wie, że kolejnego sprowadziłaś?
- Nie, ale nie musi, to nie mój kot.
- A czyj? 
- Twój, Katniss. 
- Prim, ja nie lubię kotów. 
- Nie lubisz Jaskra, ale nie znaczy, że innych nie polubisz. - Bierze ode mnie Jaskra i daje mi na ręce Rudzika. Rudzik ma mniej więcej dwa miesiące. Ma przyjazny wyraz pyszczka i niebieskie oczy. 
- Dziękuje. 
- Obiad, Prim! - Słyszę z domu. 
- Idę! - Odkrzykuje Prim. - Pa. - Odchodzi dziewczynka.
- Pokaż. - Mówi Peeta patrząc na kota. Podaje Rudzika. - Słodki. Polubisz go. 
- Wróżbita się odezwał. - Odpowiadam z przekąsem i całuje go w polik. 
- Chodź. - Idziemy do domu. 








 Wiem, ta druga część rozdziału z Rudzikiem to taka słaba trochę była, ale chyba jest ok. Oczywiście, będę tęsknić za pulpitem nawigacyjnym Bloggera, ale to tylko (albo aż) 5 dni. Bądźcie zdrowi, picie mleko, rzygajcie tęczą, jedzcie nutellę, i wszystko co  naj. :)

   

~ Invictus






piątek, 23 maja 2014

Rozdział 17: Historia o tym co zazdrość robi z ludźmi.

  -Khekhem. - Za naszymi plecami rozlega się chrząknięcie. Wydał je lekarz, po jego minie widać, że stoi tu już dobrych paręnaście sekund. Zanim zdąży coś powiedzieć, mówię:
- Kiedy mogę wyjść? - W moim głosie słychać upór, zupełnie inny od głosu do którego mówiłam do Peety. 
- Nawet teraz, tylko trzeba się oszczędzać, Panno Everdeen. 
- Katniss, jesteś pewna, że to dobry pomysł? - Niepokoi się Peeta, patrząc na mnie. 
- Tak, Peeta, to dobry pomysł. 
- Przygotować wypis? - Pyta się lekarz a ja skinam głową, zanim Peeta zdąży mnie powstrzymać. Po chwili przychodzi z kartką na podkładce i podaje mi długopis. - Proszę podpisać. - Biorę długopis do ręki, a Peeta posyła mi spojrzenie które można by nazwać "Zastanów się co robisz", posyłam mu spojrzenie "Wiem co robię, więc pozwól mi to zrobić!", odpowiada mi "Nie, nie pozwolę", po chwili mamy prawdziwą bitwę na spojrzenia. Przerywam ją biorąc podkładkę i podpisując. 
- Musiałaś, co nie? - Pyta się mnie. 
- Oczywiście. - Odpowiadam z szerokim uśmiechem. 
- Chodź, idziemy. - Obejmuje mnie w tali i wychodzimy. 
  Wchodzę do pokoju w Ośrodku i się przebieram w luźną, czarną sukienkę do kolan, ubranie odsłania ramiona i obojczyki. Wychodzę z pokoju i idę do salonu, w którym czeka na mnie Peeta. Znów obejmuje mnie w tali i szepcze mi wprost do ucha:
- Ładnie wyglądasz. - Uśmiecham się.
- Dziękuje. 
  W pomieszczeniu zwycięzców usiadłam na tej samej sofie, co wcześniej. Od kobiety w białym ubraniu dostaję tablet z różnymi rzeczami i ich cenami, w prawym górnym rogu mam prostokąt z napisanym "MADGE UNDERSEE 136 56O $", a w lewym jest taki sam z napisem "ALASTOR WINTER 121 000 $". Nigdy nie miałam w ręku tableta, wiem natomiast jak wygląda i jak się nazywa, gdy byłam młoda, miałam jakieś 13 lat, czasem oglądałam w TV reklamy komputerów i różnych nowinek technicznych. Patrzyłam na tak odległy mi świat, choć geograficznie bliski, wiedziałam, że ile zwierzyny nie upolowałabym i przehandlowała na pieniądze, nigdy nie zarobiłabym na coś takiego, zresztą musiałam wyżywić rodzinę. 
 Patrzę na ekran, musi być wcześnie, Alastor i Madge właśnie się budzą do życia, a raczej do brutalnego zakończenia ich życia. 
- My idziemy na polowanie, potrzeba nam świeżego mięsa. - Oznajmia Madge i zanim Alastor się zgodzi, bierze go za ramie i ciągnie do lasu,mimo to stoi jak wrośnięty w ziemię, wręcza broń w rękę zdezorientowanego chłopaka. Mimo to, nadal stoi. Dziewczyna wzdycha. - Mówić do słupa, a słup jak dupa... - Podchodzi do chłopca i policzkuje go. - Rozumiesz?
- Dobra, rozumiem. - Odpowiada i idzie w las razem z Madge. Po chwili widzą wiewiórkę. Madge posyła shuriken w jej głowę która odpada, trybuci Dwunastki podchodzą do zwłok. Alastor bierze truchło. Nagle jakiś kształt powala chłopca. To nie zwierze, to dziewczyna która pragnie zemsty za brata. 
- Witam cię. Jak ci się żyje? - Mówi mściwym głosem. Madge rzuca mu się na ratunek, ale jakiś inny zawodowiec ją odciąga i trzyma nóż przy jej gardle, tak aby się nie ruszyła, dziewczyna dyszy ciężko ze stresu.
- Bardzo dobrze, dziękuje, że pytasz. - Odpowiada jakby nigdy nic, ale wiem, że to ma to rozwścieczyć. 
- O, jak słodko, Dwunasty. - Na dźwięk przezwiska "Dwunasty" przypomina mi się Clove. Aż słyszę w głowię jej głos Dwunasty, gdzie twój narzeczony? Jeszcze dyszy? Tak, tak, usta ci się raczej nie przydadzą. Chcesz posłać kochasiowi ostatniego buziaka? Niemal słyszę jej szyderczy śmiech. 
- No, słodziutko. - Przytakuje chłopak. 
- Bierzmy się do pracy, może ci popsujemy paluszki? - Bierze jego dłoń w ręce i głęboko rani palec. Z gardła jej ofiary rozlega się krzyk. - Tak, dalej, krzycz. - Mówi i  odcina mały palec. Krzyk tym razem tak donośny, że płoszy ptaki w promieniu parustu metrów. Madge szarpie się.
- Alastor! - Krzyczy rozpaczliwie. - Wytrzymaj! Oddychaj, wdech, wydech, wdech, wydech. - Alastor wykonuje jej polecenie, choć co chwila jęczy z bólu. Nie mogę patrzeć na tę scenę. Wtulam się w pierś Peety i zamykam oczy. Słyszę kolejny krzyk bólu. 
- Alastor! - Słyszę rozpaczliwie brzmiący głos Madge. 
- Dobra, koniec tego! - Mówi dziewczyna z Dwójki. Wystrzał armaty. 
- ALASTOR! - Madge rozpaczliwie krzyczy. Jeszcze mocniej się wtulam, nie chcę widzieć zwłok, jeszcze gorsze będą zwłoki Madge. 
- Okey, teraz ty. - Słyszę głos dziewczyny która zamordowała chłopca. Nie wytrzymuje i podnoszę wzrok, to będzie oznaką szacunku. - Daj mi ją. - Mówi do mięśniaka który więzi Madge. Jej ciało bezwładnie leci, popchnięte przez zawodowca. Amy bez trudu ją łapie i przybija ręką do drzewa obok. - Wyluzuj, przecież wiesz, że od razu nie umrzesz, ja się najpierw pobawię. O, na przykład tak. - Nacina skórę ręki i ją podważa, towarzyszą jej krzyki Madge. Dziewczyna zrywa skórę jak papier. Krzyki i krew Madge. Cała prawa ręka jest w krwi, wygląda jakby nosiła czerwoną rękawiczkę. Po paru minutach wypełnionych krzykiem, Madge ma podcinane gardło. Wystrzał. Leci mi łza, później druga. Peeta zauważa to i przytula mnie. Ja się uspokajam.
- Przepraszam, muszę znać decyzję. - Mówi ta sama dziewczyna która dała mi tablet. 
- O czym?
- Czy wracacie państwo do waszego dystryktu? Wasi trybuci nie grają, więc można tu oglądać dalszą część igrzysk, bądź w domu. - Odpowiada kobieta. Peeta patrzy się na mnie.
-Peeta, wracajmy do domu. - Mówię zmęczonym tonem. 
- Dobrze, wracamy. - Zgadza się. Kobieta od tabletów wstukuje coś na czymś wyglądającym jak szeroka bransoleta, ale jest to smartfon giętki. 
- Dobrze, proszę za mną. - Mówi i prowadzi nas do pokoju. - Proszę zabrać wszystko co przywieźliście. - Zabieram broszkę z kosogłosem i wychodzę. Kobieta prowadzi nas do pociągu. W ostatniej chwili przypominam sobie o Effie.
- Gdzie Effie? - Pytam.
- Panna Tinkiet zaraz przyjdzie. - Odpowiada kobieta. - Wtedy pociąg odjedzie. - Kobieta wychodzi z pociągu. 
- Katniss, jak się czujesz? - Wchodzi Effie i pyta się mnie. 
- Dobrze. - Odpowiadam. 
   


~~~~~~
   Nie całe dwa dni mijają szybko. Wystawiam głowę przez okno i widzę początek naszego dystryktu. Nie ma nikogo na stacji, to oczywiste. 
  Wysiadamy i rozmawiamy na peronie.
- Trzeba będzie powiedzieć naszym matkom. - Mówię. 
- Tylko twojej. - Prostuje moją wypowiedź Peeta. 
- Czemu? 
- Moja matka marudzi, że mam za dziewczynę kogoś ze Złożyska. 
- Ale sam mówiłeś, teraz jestem mieszkanką Wioski Zwycięzców. 
- Mojej matki się nie da zrozumieć. - Odpowiada mi.  
- Może tak jest. - Zgadzam się. - Ale powinna wiedzieć, to pewnie będzie ważna rzecz dla niej. 
- Nie, jak będzie chciała to się dowie. - Mówi stanowczym głosem. 
- Ale, wiesz, że nie powinno się kłócić z kobietą. a tym bardziej z kobietą w ciąży. - Odpowiadam i patrzę na niego jak mała dziewczynka. 
- Dobrze, Katniss, ale najpierw idziemy do ciebie. - Daje za wygraną Peeta. Idziemy do wioski. Otwieram drzwi swojego domu. Prim i mama siedzą w fotelach i popijają herbatę. 
- Katniss! - Prim podbiega do mnie i ściska. 
- Cześć, Prim. - Odpowiadam, zdaję sobie z tego sprawę, że matka i moja siostra nawet nie wiedzą o obecności Peety, który stoi za wejściem do salonu. 
- Dzień dobry. - Wyłania się zza wejścia Peeta. - No powiedz. - Szepcze mi do ucha. 
- Czemu ja? - Pytam go równie cicho.
- Kobiety mają pierwszeństwo. - Mówi cicho. 
- Dobra, mamo, jestem w ciąży. - Mówię. 
- Gratulacje. - Odpowiada i przytula się. Patrzę na Prim. Uśmiecha się. 
- Fajnie! Będę ciocią. 
- Tak. - Potwierdzam. - A, i się przeprowadzam. 
- Gdzie? - Pyta się matka dla żartów. Biorę rękę na twarz i dłoń wolno spływa mi w dół po twarzy.
- Domyśl się. - Odpowiadam. - Daleko to nie będzie, dom naprzeciw. - Podpowiadam.
- Aha. - Chyba dała sobie spokój z żartami. Idę do pokoju po rzeczy.
- Chodź, pomożesz mi. - Zwracam się do Peety. 
  Po chwili jestem już rozpakowana w domu Peety. 
- Teraz idziemy do piekarni. - Mówię a raczej zarządzam. 
- Nie mam wyjścia?
- Tak, nie masz. - Odpowiadam i łapię go za rękę, a raczej ciągnę w stronę drzwi. - Nie drocz się ze mną. - Warczę, ale zastanawiam się, dlaczego Peeta tak bardzo nie chce iść do swojej matki. 
 Stoimy przed drzwiami piekarni. 
- Właź. - Wydaję polecenie. Peeta ostrożnie wchodzi do sklepu.
- Czego chcesz!? Przecież wyraźnie mówiłam, wydziedziczam cię! Nie dostaniesz nic z testamentu! - Skrzeczy jego matka. Postanawiam wejść do piekarni. - Jeszcze przyprowadziłeś tu tą swoją dziewuchę. - Patrzy się na mnie.
- Mam na imię Katniss. - Ja wiem, że ona to wie, ale nie potrafię powstrzymać złośliwości. 
- Uważaj sobie. - Odpowiada.
- Mamo, już to przerabialiśmy, co nie? - Peeta przewraca oczami. 
- Ty też sobie uważaj. - Jego własna matka próbuje go spoliczkować, ale chłopak łapie ją za rękę z taką łatwością, że aż litość bierze. 
- Wszyscy bądźcie cicho! - Krzyczę. - Chcieliśmy pani coś przekazać. - Mój głos łagodnieje. 
- Co takiego, że marnujecie mój czas?
- To, że zostanie pani babcią. Do widzenia. - Wychodzę z budynku, a Peeta podąża za mną. Nagle do głowy mi wpada pomysł. 
- Peeta, ja chcę nazwać ją Madge. - Pomysł był spontaniczny, ale chyba warto było.
- Jak chcesz, ale skąd wiesz, że to będzie dziewczynka?
- Mam przeczucie. To mi wystarczy. - Odpowiadam.
  Przechodzę przez siatkę. Wyjmuję z drzewa łuk i kołczan. Parę wiewiórek jest przebitych strzałą. 
 Siadam na kamieniu i siedzę sobie, delektuję się pięknem śpiewu kosogłosów i innych ptaków. Coś uderza mnie w głowę, pod moje nogi toczy się kulka papieru. To z pewnością Gale, kiedyś tak się informowaliśmy o obecności drugiego. Wiem co mam zrobić, muszę rozwinąć kartkę i przeczytać wiadomość. Wiadomość brzmi:




Hej Kotna. 


- Ej, gdzie jesteś? - Pytam ponieważ go nie widzę. 
- Tu. - Gale siedzi na kamieniu obok mojego kamienia. Nie powinno mnie to dziwić, często się pojawiał cicho. 
Czuje przykry ucisk w piersi - poczucie winy. 
- Hej - Mówię mimo to. Przez te całe zamieszanie zapomniałam jaki dziś dzień tygodnia, ale wiem, że niedziela, Gale ma dziś wolne, w kopalni jest tylko jeden dzień wolny. Myślę o tym jak mu powiedzieć. Prosto z mostu. 
- Gale - zaczynam - muszę ci coś powiedzieć. 
- Mów, Kotna. - Odpowiada spokojnie. 
- Ja - spuszczam głowę - jestem w ciąży. - Przez chwilę w oczach Gale'a widzę żal, ale szybko jest zastąpiony przez żądze mordu.
- Zabiję Mellarka. - Cedzi i wstaje. 
- Nie! Nie możesz! - W moich oczach błąkają się łzy. Przypominam sobie reakcje Gale'a na moje słowa.
Nigdy nie zabiłam człowieka - Powiedziałam wtedy
A właściwie co to za różnica? - Odpowiedział mi. Może nigdy nie widział różnicy?
- Mogę, i zrobię to. A wtedy ty będziesz moja. - Czuje obrzydzenie, traktuje mnie jak jakąś monetę przetargową, nie zważa na mnie, nie zważa na moje uczucia, na nic nie zważa.
- I ty myślisz, że jak to zrobisz, to będę z tobą? Po tym jak zabijesz go? Odpowiedź brzmi: nie. - Próbuje mu przemówić do rozsądku, ale chyba ostatnia szara komórka mu właśnie zanikła.
- Jak to się mówi, jak nie próźbą, to gróżbą, Kotna. - Patrzy na mnie, ale nie w oczy, w dekolt. Czuję jeszcze większe obrzydzenie i wściekłość.
- Mam na imię Katniss! - Wrzeszczę.
- Nie ważne. - Bierze rękę i chyba chce mnie objąć, we mnie wzbiera jeszcze większa wściekłość. Zanim pomyślę,  jak najmocniej kopię butem w krocze Gale'a. On kuca z przekrzywioną od bólu twarzą.
- Jeszcze cię złapię! - Krzyczy za moimi plecami. 
Wpadam do domu Peety cała zlana potem. Szybko i sprawnie zamykam drzwi na zasuwkę. Peeta jest zdezorientowany, ale olewam go i biegnę zamknąć okna w całym domu. Gdy już wykonałam tę czynność Peeta się mnie pyta:
- Co jest, Katniss? 
- Gale... Powiedział, że cię zabiję, a mnie siłą zmusi, bym z nim była. - Mówię ciężko oddychając. - Na razie go kopnęłam i pewnie jest teraz w lesie, ale nic nie wiadomo. 
- Nikt cię do niczego nie zmusi. - Zapewnia mnie Peeta stanowczym głosem. Chyba ma gdzieś to, że grozi mu śmierć. Przytulam się do niego. 
- Boję się. - Mówię.
- Nie bój się, nikt cie nie zmusi. - Peeta głaszcze mnie w policzek.
- Ale ja się boję o ciebie. 
- Spokojnie. 
 Coś mocno wali w drzwi. Wiem co zobaczę przez wizjer. Nie myliłam się. Gale. Na jego twarzy maluje się wściekłość. W dłoni ma nóż. 
- To on. - Szepczę przestraszona. 
- Odsuń się. - Mówi, pewnie chce z nim walczyć. Nie pozwolę mu na to. 
- Nie, nie będziesz z nim walczył. - Staję przed drzwiami, zasłaniam je, nie chcę by Peeta je otworzył.
- Katniss. Odejdź od tych drzwi. - Peeta łapię moją rękę i próbuje odciągać, ale ja zapieram się nogami
- Nie, on ma nóż, nie warto. 
- Więc i mi przynieś nóż. 
- Pomogę ci. 
- Nie, idź do pokoju na górze i czekaj tam. 
- Nie! Rozumiesz? Nie pozwolę ci samemu z nim walczyć. - Upieram się. 
- Katniss, nie możesz...
- Właśnie, że mogę. 
- Dobrze, Katniss, skoro chcesz. A teraz leć po noże. - Wykonuje polecenie. Przynoszę dwa największe noże jakie znalazłam. 
- Razem? 
- Razem. - Odpowiadam. Peeta drżącą ręką kręci zasuwką. Otwiera drzwi. Gale stoi, nie atakuje.
- Czego chcesz? - Pytam zimno.
- Spełnię to, co powiedziałam w lesie. - Odpowiada.
- Nic nie spełnisz, Hawthorne. - Mówi Peeta. 
- Oj, żebyś się nie przeliczył. - Gale macha nożem w stronę Peety. Mi nic nie zrobi, w końcu, pewnie ma plan zaciągnięcia mnie do ołtarza. Nic mi nie zrobi. To mi podsuwa pewien pomysł. Bronię Peety, stając przed nim. 
- Katniss, odejdź. - Mówi Peeta.
- Nie. I masz być cicho. - Nakazuję. 
- Kotna, odejdź, nikt tu nie chce byś ucierpiała. - W jego ustach brzmi to absurdalnie. Jak ON może mi mówić, że nie chce mojej krzywdy? Przecież on chce mnie zmusić bym z nim była i zabić Peetę. 
- Nie, Gale, to ty masz odejść i nie wracać. - Odpowiadam.
- Koniec, nie będziesz się ze mną droczyła! - Mówi ze wściekłością Gale i chwyta mnie za ramie, wyciąga z domu i bierze ręce za plecy, trzyma za mocno bym się wyrwała. Peeta próbuje biegnąć do mnie, ale jakiś chłopak, zapewne na rozkaz Gale'a, zawiązuje Peecie oczy oraz ręce i brutalnie popycha go do hallu domu. 
- Peeta! Peeta! - Krzyczę jak nienormalna. 
- Katniss! - Woła zanim goryl Gale'a zdąży zamknąć drzwi. Po policzkach spływają mi łzy.
- Jak mogłeś!? - Wrzeszczę do Gale'a.
- No, tak jak widać. 
- Jesteś potworem! - Krzyczę do niego.
- Uspokój się, Kotna. - Wciska mi kciuk w przerwę między łopatkami i powoduje ból. 
- Przestań, to boli. - Na te słowa kciuk wbija się jeszcze bardziej. - Czemu to robisz? - Mówię rozpaczliwym tonem. 
- Aby ci pokazać, że tak będzie za każdym razem, gdy mi się sprzeciwisz, i uwierz mi, to nie będzie tylko palec między żebra. - Dociska palec jeszcze mocniej.
- Przestań, proszę. - Z moich oczu obficie lecą łzy. - Gale, byliśmy przyjaciółmi, co się stało? - Jedynej rzeczy której Gale nigdy nie lubił, było to sumienie. 
- Idź. - Mówi tylko i popycha mnie rękami którymi mnie trzyma. Wykonuje polecenie. Czy idziemy do jego domu? Gale jednak prowadzi mnie do innego domu, betonowego, z samym parterem. Sadza mnie na fotelu, ja nawet nie śmiem się ruszyć, on odprawia chłopaka który związał Peetę. Zamyka drzwi na klucz. 
- Więc, co, Kotna, będziesz grzeczna? - Dotyka moich włosów i chwilę przekłada kosmyki. 
- A co jak powiem, że nie? - Nawet jeśli miałabym mieć jakiegoś siniaka, zdecydowałam się to powiedzieć. Nie pomyliłam się, zaraz po tych słowach dostaję plaskacza, na policzku pulsuje mi mocny ból, po poliku spływają mi łzy.
- Radzę ci być grzeczną.
- Czemu mi to robisz? Nie pomyślałeś, że moglibyśmy się nadal przyjaźnić, tak jak wcześniej?
- Przestań zadawać pytania! - Nakazuje mi. - Ty tu siedź. - Idzie gdzieś. Wiem, że to jedyna szansa. Rozbijam okno. Wyskakuje i widzę, że jestem w innej części Złożyska, mój rodzinny dom się znajduje jakiś kilometr stąd. Oddalam się od betonowego domu i zastanawiam się gdzie pójść. W Wiosce Zwycięzców zaraz zostanę znaleziona. Mimo to, chcę wrócić. Biegnę jak najszybciej mogę. Otwieram drzwi domu. Nie ma nikogo. Rozglądam się po całym domu. 
- Peeta? - Nawołuje go. 
- Mhychmm. - Odpowiadają mi pomruki przytłumione czymś. Dochodzą z kuchni, idę tam. Peeta nie ma związanych nóg więc może chodzić, ale bez oczu daleko nie zajedzie. 
- Peeta! - Rozwiązuje go i tulę. 
- Katniss! Gdzie on cię zabrał?
- Do jakiegoś domu w Złożysku, uciekłam jak gdzieś poszedł. 
- Twój policzek. 
- Nic takiego. 
- Uderzył cię? - Na twarzy Peety maluje się gniew. 
- Tak, ale to nie ważne. 
- Ważne, Katniss. 
- Zostaw to, to naprawdę nie jest ważne. 
- Katniss, ja nie pozwolę mu. 
- Zostaw to, rozumiesz? 
- Dobrze. 
- On zaraz tu będzie. Powinniśmy nie wydawać oznak życia. Wtedy pójdzie do lasu, a tam spędzi dużo czasu. - Mówię. 
- Ale nie możemy go zwodzić w nieskończoność. 
- To niemożliwe. - Przytakuje. 
- Trzeba jakoś to zakończyć. 
- Chciałabym to jakoś zakończyć tak... pokojowo. 
- Tak będzie najlepiej. 
- Znam Gale'a, taki ktoś się nigdy nie poddaje po pierwszej próbie. 
- To będzie dość trudno. - Mówi Peeta. 
 Nagle przez szybę wpada strzała, choć z stępionym końcem, nic by nie zrobiła, ale na niej wisi wiadomość. 



Za godzinę, pod drzewem spotkań, Kotna wie gdzie to jest, przyprowadzi cię, a potem pójdzie. Masz być tylko ty, Mellark.  Nikt więcej,  jeden na jednego.  To nie propozycja, to żądanie, do którego radzę się podporządkować.  Walka na pieści. 

~Wiesz od kogo.



- Nigdzie cię nie zaprowadzę! - Mówię po zobaczeniu miny Peety, która niemalże mówi "Szykuj się na niezły łomot". 
- Katniss, musisz. 
- Wydawało mi się, że to ty jesteś ten rozsądny, a ja ta, co robi po swojemu. 
- Bo tak jest, to jest rozsądna decyzja.
- Nie! On cię zabije! - Niemal krzyczę. - Zdurniałeś? - Mam dalej ciągnąć opieprzanie Peety, ale z mojego gardła rozlegają się dławiące dźwięki, łzy spływają po policzkach. 
- Katniss, uspokój się, zrobimy tak, ty mnie zaprowadzisz, odejdziesz ileś metrów, udasz, że idziesz do domu, ale tak naprawdę wejdziesz na drzewo i będziesz obserwować, jak coś, pomożesz mi. - Proponuje Peeta.
- Nie ryzykuj, proszę cię. 
- Spokojnie, musimy to zrobić. 
- Dobrze.
 Godzina mija okropnie, ja tylko płaczę. 
- Zbieraj się. - Mówię w końcu chrapliwym głosem. Peeta ociera moje łzy.
- Będzie dobrze. 
 Jesteśmy blisko drzewa spotkań, zawsze na polowania spotykaliśmy się pod tym drzewem. 
 Drzewo. Gale już tam stoi. Przytulam się do Peety i życzę mu szczęścia. Na koniec całuję go w usta, co denerwuje Gale'a. 
 Odchodzę trochę i zaczynam oglądać walkę. 
- Dobra, Mellark. Zaczynamy. - Mówi Gale.
 Stawiają gardy. Gale robi pierwszy cios w głowę. Jasny łeb unika uderzenia, to rozwściesza Gale'a. Peeta uderza go w żebra, chyba mocno. Gale uderza Peetę w głowę, przygryzam dolną wargę. Peeta pada. Gale kopie go nogą w żebra. Rozlega się okrzyk bólu Peety. Nie wytrzymuje. Wybiegam między nich. 
- Przestań! - Piszczę rozpaczliwie. Łzy mi lecą po policzkach. - Czy ty nie rozumiesz? Ja go kocham. Rozumiesz?
- Kotna, odsuń się. - Kładzie rękę na moim łokciu i próbuje mnie odepchnąć, ale ja się nie daję. 
- Nie. - Mówię stanowczo. - Nie pójdę. - Kucam obok Peety. On cicho pojękuje. - Jak się czujesz? - Pytam go łagodnym tonem. 
- Niezbyt dobrze. - Mówi cicho. Posyłam Gale'owi ciężkie spojrzenie. On patrzy na Peetę, ale jak król na poddanego, z wyższością.
- Nie patrz, się debilu, tylko pomóż mi go przenieść. - Czuję się nędznie prosząc Gale'a o pomoc, po tym co zrobił, ale nikt nam nie pomoże. 
- Nic dla niego nie zrobię. 
- Więc zrób to dla mnie.
- Dobrze. - Zgadza się. Bierze Peetę za kostki u nóg, ja za ręce. Podnosimy go, a on krzyczy z bólu. Niesiemy go do ogrodzenia, i przekładamy przez nie. Gale kładzie Peetę na kanapie. 
- Dziękuję. - Mówię. Gale wychodzi, ja idę po matkę i Prim.
- Weźcie jakąś apteczkę czy coś i chodźcie. - Mówię do nich, matka bierze torbę. 
- Gdzie idziemy? - Pyta matka, ja nie odpowiadam, więc idą za mną. Wprowadzam je do domu Peety.
- Co mu się stało? - Pyta moja mama.
- Gale miał atak zazdrości, geniusz wymyślił ustawkę w lesie. - Odpowiadam. 
- Gdzie dostał?
- W głowę i ma solidnie pokopane żebra. - Mówię. Matka i Prim biorą się do roboty, cały czas trzymam Peetę za rękę. Co parę minut rozlega się krzyk bólu. Zostawiają go i każą się przespać trochę. 
 - I co? - Pytam się matki cichym głosem, w pewnej odległości od Peety. 
- Ma złamane parę żeber, ma nie wychodzić z domu przez dwa tygodnie. - Odpowiada równie cicho. 
  - Hej. - Mówi Peeta. Najwyraźniej się obudził 
- Jak się czujesz? - Pytam.
- Ujdzie w tłoku, ale najlepiej też nie jest. - Przytulam go delikatnie. 
- Masz siedzieć w domu przez dwa tygodnie. - Podaje mu herbatę. - Proszę.  
- Dzięki. 






Ja wiem! Ja zaraz będę pożarta hejtami od Team Gale! 
  Dziękuje wam przecudnie za te 500 wyświetleń, pół tysiąca tak motywuje! Ja czuje, że mam dla kogo zarywać noce i zbierać pały. (zresztą i tak zbieram lufki)
 Ja, ta zua i niedobra, oznajmia, że  nie będzie jej od poniedziałku do piątku (mam zieloną szkołę). 
I myślałam nad takim moim pseudonimem tutaj, na blogu i myślałam nad "Invictus" (z łaciny niepokonana) I bym się na końcu każdego posta tak podpisywała. 

~Invictus










niedziela, 18 maja 2014

Rozdział 16: Rue

  - Katniss, musimy iść. - Szepcze mi Peeta do ucha, ale ja nie jestem gotowa, by iść tam i zobaczyć jej śmierć. - Tam będziemy mogli jej pomóc, rozumiesz, sprawdziłem, ma dużo sponsorów. - Doskonale odczytuje moje myśli, ale czy mówi prawdę o sponsorach? Chciałabym by Madge przeżyła. - Na prawdę, Katniss, a teraz chodźmy tam zanim przyślą strażników. 
- Dobra. - Łapię go za rękę, a Effie prowadzi nas do gustownego, białego pokoju, z niebieskimi sofami i wielkim telewizorem. Peeta siada na jednej z kanap, ale ja nie, idę po sok pomarańczowy do małego barku przy ścianie. 
- A może coś mocniejszego. - Za moimi plecami rozlega się uwodzicielski pomruk należący do Finnicka Odaira, największego szpanera w całym Panem.  
- Czego chcesz, Odair? - Burczę.
- A co byś zrobiła jak bym powiedział że buziaka? - Drażni się ze mną.
- Owszem, dostałbyś, ale kopa w dupę. - Mówię spokojnym tonem.
- Rozluźnij się. - Mówi z uśmiechem, pewnie powinnam się czuć zaszczycona, ale jak na razie to tylko mnie drażni. Kładzie mi rękę na ramieniu i masuje je, podrzucam ramie do góry, by mu zasygnalizować że mnie denerwuje, ale ten nic sobie z tego nie robi. 
- Spieprzaj, Odair, jeśli ci życie miłe. - Burczę tak nieprzyjaznym tonem, że się odsuwa, ale na wszelki wypadek mówię: - Mam u siebie w pokoju łuk, kołczan również, a może byłbyś tak miły, że zostałbyś moją żywą tarczą? - Wypowiadam te słowa z najbardziej złośliwym uśmiechem. - A wiesz, ja nigdy nie chybiam. - Kładę mu rękę na ramieniu, tak jak on mi, ale po chwili wykorzystuje to by odsunąć Odaira. - Narka, Odair. - Mówię z śmiechem i sączę sok z rurki która jest w szklance. Idę i siadam na kanapie obok Peety, a on mnie obejmuje.
- Siema! - Woła do nas Johanna Mason, mimo iż nigdy jej nie widziałam na własne oczy. Ciężko skacze na sofę, układa się i siada między nami, czym przerywa nasz uścisk. Patrzę na nią wymownie. 
- Jak tam? - Mówi jakby nigdy nic. Milczymy. Ja się powstrzymuje od śmiechu, nie wiem dlaczego - Aha, przerwałam gołąbeczkom, rozumiem, niedobra ja! - Wypowiada słowa z udawaną troską w głosie. Przewraca oczami i śmieje się. 
- Tak, Mason, bardzo śmieszne. - Potwierdzam bez śmiechu w głosie. - A teraz idź się pobaw siekierką, czy co, ok? 
- Ta, jak się pobawię, to twoja piękna buźka nie będzie taka piękna, ciemna maso. - Burczy i odchodzi. 
- Wygadane ma, nie ma co. - Mówię gdy jest wystarczająco daleko. 
  Program transmisji się zaczyna.
  Madge stoi na swoim kręgu. Za nią jest las, a przed nią rozciąga się łąka wysoka do kolan, ale w obszarze Rogu i kręgów jest skoszona. 
10...
9...
8...
7...
6...
5...
4...
3...
2...
1...
  Madge zrywa się z krążka, biega na prawdę szybko, nawet szybciej niż ja, w Rogu pojawia się pierwsza, łapie pudełko z shurikenami, gwiazdkami ninja i rzuca jedną z nich w gardło trybuta z Dziesiątki, chłopak zalewa się krwią, a na twarzy Madge widzę ukłucie żalu, pewnie nie chciała zostać morderczynią. 
- Siema, osłaniaj Kirike i Endevo, zaraz tu będą. - Mówi Alastor, który dopiero przybiegł. Madge bierze miecz i wbija go w ciało Kena Ametista, chłopaka z Siódemki, po wyciągnięciu broni z ciała chłopca patrzy się na rękę z ostrzem z niedowierzaniem, jakby nie wierzyła że potrafi coś takiego. Ja w sumie też nie wierze, Madge kiedyś nawet porządnego plaskacza nie potrafiła, a teraz zabija, i to dość dobrze jej to wychodzi. 
  Do trybutów Dwunastki dołączają się Endevo i Kirike. 
- Lecimy, pora się stąd urwać, bierzcie co chcecie, jeszcze jakieś żarcie. - Mówi Madge i bierze dwa plecaki, splata je ze sobą i zakłada na plecy jak jeden. Bierze jeszcze dwa pudełka gwiazdek ninja i imponujący zestaw noży, wszystko wkłada do plecaka. Reszta grupy bierze co chce i biegnie jak najszybciej do lasu z Madge.
- Za tobą! - Woła Kirike do Alastora, ten odwraca się i widzi chłopaka z Dwójki posyła nóż w jego gardło, chłopak natomiast robi unik i nóż trafia go w łokieć, przebija się na wylot, chłopak umrze, nóż wbił się w żyłę, moje przypuszczenia potwierdzają się, chłopiec pada na ziemie i powoli się wykrwawia, a jego siostra płacze nad nim. Przypomina mi mnie, klęczącą nad Rue. 
- Nie opuszczaj mnie, Kaoy. - Błaga dziewczyna szlochając. - Zostań.
- Auu, boli, mogłabyś mi ukrócić cierpienia? - Pyta chłopak słabym tonem, ledwo mówi. Dziewczyna waha się. - Amy, proszę. 
- Dobrze, do widzenia, Kaoy. - Z oczu dziewczyny lecą łzy, bierze nóż i podrzyna bratu gardło, rozlega się dźwięk wystrzału, łzy spływają po bladej twarzy dziewczyny. W końcu odsuwa się od ciała i daje je zabrać. 
  Nagle widzę Madge, chowającą się za drzewami, jej twarz jest smutna, wzruszyła się. Są jednak wystarczająco blisko dziewczyny która straciła brata, że mogę usłyszeć co mówi Alastor:
- Madge, chodź, ona będzie chciała go pomścić, musimy uciekać. - Jak na komendę, dziewczyna nazwana przez brata Amy, ociera łzy, wstaje, i zaczyna się rozglądać.
- No, chodź, Dwunastka! - Coraz bardziej wchodzi w las, ale w złą stronę, zresztą, Madge i reszta już biegną jak najdalej od niej. 
- Ja myślę, że ona przyśle swoją bandę. Wtedy zacznie się robić niebezpiecznie, sama nic nie zdziała, jeden na cztery, nie da rady. - Oznajmia Madge. - Dobra, połaźmy jakieś dwie godziny i zrobimy obóz. 
    - Dobre miejsce. - Oznajmia Kirike po paru godzinach  wędrówki. 
    Bum. - Wystrzał Bum. -Drugi Bum, Bum. Cztery osoby zostały zamordowane przez zawodowców. Dziewczyna z Dwójki zawsze miała nadzieje, że zabito Alastora, mimo to, nikt z grupy Madge nie ucierpiał. 
   - Hej, tam. - Szepcze Madge do Endevo i wskazuje na dziewczynkę z Jedenastki odwróconą do nich plecami. 
- Wiem co masz na myśli. - Odpowiada chłopak i rzuca nożem w głowę dziewczyny. Nóż przebija jej głowę, ciało przechyla się, a poduszkowiec je zabiera. 
- Ile osób nie żyje? - Pyta się Madge współtowarzyszy.
- Chłopak z Dwójki, jakieś cztery osoby i tamta dziewczynka. Sześć osób. - Kirike wydaje się być przygnębiona tym faktem, nie jest to nic dobrego. 
   Na arenie robi się ciemno. 
 - Chcę spać. - Mówi Endevo rozciągając się. - Kto idzie na wartę? - Pyta.
- Ja i Alastor, wy się prześpijcie, potem wy będziecie mieli wartę. - Odpowiada Madge.
- Dobra. Żadnego podcinania gardła, ok? - Upewnia się Kirike.
- Obiecuje. - Mówi Madge. - Słowo harcerza. - Madge mówi prawdę, była w harcerstwie. Na te słowa Kirike się wyraźnie uspokaja i rozbija namiot który zabrała z Rogu. 
   Po jakiejś godzinie patrzenia jak trybuci śpią, sama zrobiłam się senna. 
-Peeta, ja idę spać. - Informuje go i idę do wyjścia. Jak długa padam na łóżko w ubraniach i zasypiam. 




***
   - Katniss. - Woła mnie delikatny głosik małej dziewczynki. 
- Gdzie jesteś? - Rozglądam się po białym pokoju w którym się obudziłam. 
- Tutaj, Katniss, za zakrętem. - Zachęca mnie głosik i dopiero teraz zauważam wyjście z pokoju. Wychodzę i widzę... 
- Rue? Co ty tu robisz? - Jestem zdumiona. Dziewczynka jest ubrana w zwiewną, białą sukienkę. Natychmiast biorę ją w ramiona, gdy mam ręce na jej plecach, nie wyczuwam ani śladu po dziurze którą zostawił Marvel po jego oszczepie. - Gdzie ja jestem. 
- Nie bój się. - Mówi męski głos, niski, ale delikatny, taki na którego dźwięk milkłyby kosogłosy. Kosogłosy... Zza kolejnego zakrętu wychodzi mój ojciec. Podbiegam do niego i przytulam się.
- Zaraz, skoro wy tu jesteście, to co ja tu robię? Czy ja umieram? - Nagle nawiedza mnie okropna myśl, że już nigdy nie zobaczę Prim, mamy, Peety oraz Gale'a.
- Nie, ty żyjesz. - Przekonuje mnie ojciec. - To sen, ale często ludzie tu trafiają, ale tylko raz w życiu. - Wyjaśnia
- A wam tu dobrze? - Pytam się. 
- Tu jest genialnie. - Mówi Rue. - Patrz. - I pada jak długa na podłogę, już myślę, że rozbije głowę, ale wytwarza się nagle materac i dziewczynka się delikatnie od niego odbija. - Też spróbuj. - Radzi, a ja padam i się delikatnie odbijam, boskie uczucie, jak latanie. 
- Katniss, posłuchaj, wrócisz teraz do swojego świata, dobrze? - Mówi ojciec, ja po raz ostatni przytulam się do Rue, a potem do niego. 
- Do widzenia. - Mówię i zapadam w sen.







***
   Leżę na niewygodnym łóżku, w innym pokoju, do mojej ręki jest przypięty wenflon. 
   - Katniss, wróciłaś. - Mówi Peeta ucieszony i przytula mnie.
- Gdzie ja jestem? Skąd wróciłam? - Pytam zdezorientowana i rozglądam się po pokoju. 
- Jesteśmy w szpitalu. - Odpowiada z oczami pełnymi bólu, ale też cieszy się, że mnie widzi. 
- Po co? 
- Wróciłem do pokoju jakieś piętnaście minut po tobie, położyłem się, a ty byłaś zimna. - Tłumaczy, a ja, prosta dziewczyna, która zawsze wychodziła, gdy matka ratowała ludzi, nie wiem co to znaczy, wiem, że gdy się umiera, krew się robi zimna, przez co człowiek też, ale skoro tak, to czemu tu jestem? Czemu żyję? - Miałaś hipotermię i przeszłaś śmierć kliniczną.
- To dlatego...
- Co?
- Wydawało mi się, że trafiłam do Rue i ojca. Ale co z maluchem?
- Żyje. - Przytulam się do niego. - Nawet nie wiesz jak się cieszę, że wróciłaś!
- Do ciebie, zawsze. Kocham cię.
- Ja ciebie też. 





Łapcie rozdzialik!











czwartek, 15 maja 2014

Rozdział 15: Madge, Melodia Kosogłosa, Trzy Palce, Ostatnie Pożegnanie i Pojedyncza łza.

   Jestem otępiała. Ale nie jestem przestraszona. NIKT, nawet on nie będzie sobie uważał że łatwo mnie przestraszyć. 
   Ktoś otwiera drzwi. Tylko nie Peeta, błaga w myśli, wolałabym te wizytę zachować w tajemnicy, a jeśli to on, to od razu wyczuje że coś jest nie tak. 
  Na szczęście to tylko awoksa. 
  Katniss, myślę, ogarnij się, i idź do Peety, tylko tak by nic nie zauważył. Wychodzę i staram się przybrać jak najbardziej rezolutną minę. Siadam obok Peety. 
- Gdzie byłaś? - Pyta. Tego się obawiałam. 
- W toalecie. - Mówię, 
- Spoko. Nie wnikam.
- I dobrze. - Nie mam ochoty dzielić się uczuciami. Ale z drugiej strony, w Jedenastce miałam pokaz jak Peeta się denerwuje gdy się mu nie mówi. Wiem że nie chcę tego przechodzić po raz drugi. 
- Dobrze. 
- Nie, nie dobrze! Snow wie! - Pękam i wyrzucam to, co mnie dręczy.
- Jak zareagował? - Peecie rozszerzają się źrenice z zdumienia i adrenaliny
-Niby mamy szansę, ale coś mu nie wierze. - Przytulam się i próbuję nie płakać. 
- Nie wierz. - Przytulam się mocniej, i dopiero się czuje bezpiecznie. Peeta na chwilę wstaje, i przychodzi z kubkiem gorącej czekolady. Podaje mi kubek i od razu go łapczywie wypijam. 
- Dzięki. - Czekolada choć trochę uspokoiła bałagan i plątaninę myśli w mojej głowie. Peeta znów mnie obejmuje i całuje w czoło. 
   Siedzimy tak, nawet nie wiem ile, ale wiem że mi to pasuje. 
   -Bu! - Woła ktoś niespodziewanie za naszymi plecami. Dygamy i odwracamy się. To Madge. - Kolacja, gołąbki! 
- Trochę za wesoła jesteś. Niedługo na igrzyska idziesz. Zapomniałaś? - Wołam za nią. 
- A tobie się jakoś udało. Jestem od dziś optymistką. - Mówi i puszcza mi oko. 
- Fajnie, a jak szkolenie? 
- Noże są całkiem fajne. Potrafię zastawić wnyki. - Chwali się. - A wchodzenie na drzewa jest łatwe. 
- Bo masz dobrą do tego budowę. - Potwierdzam, Madge jest koścista, mimo iż je wystarczająco, jest mojej wysokości i jest zwinna, jak ona biega gdy  szkole jest tortilla. Wszędzie się wtedy wciśnie, byle być pierwsza. 
- Też to słyszałam od dwunastolatki z Dziesiątki. - Mówi.
- Chodźcie do stołu. - Mówi Effie. Wykonujemy polecenie. 
- A tobie, Alastor, jak idzie? - Pyta Peeta.
- Jest ok, ale próbuje sobie załatwić sojusz z tymi z Ósemki. - Odpowiada. 
- Z tymi dużymi?! Muszę też się wkręcić. - Oznajmia Madge.
- Mają na imię Kirike i Endevo. - Wyjaśnia Alastor. - Mówili że chętnie by cię przyjęli, uważają że dobrze rzucasz nożami. 
- Ekstra, mam szansę na wygraną. - Cieszy się dziewczyna, ale prostuje napotkawszy spojrzenie współtrybuta. - Znaczy się, ty również. Dobra, nie okłamujmy się. Wieżę w siebie. - Mówi z uśmiechem. 
- Ja też. - Uśmiecha się Alastor. 
- To dobrze. Ale jak na razie jesteście w sojuszu, jak tak dalej pójdzie, to zostanie przerwany zanim wejdziecie na arenę.- Ucinam, gdy zanosi się na dłuższą wymianę zdań. - A biegniecie do 
rogu obfitości? 
- Ja wolałabym tak. Szybko biegam. - Mówi Madge. - Alastor też nie gorzej. - Chwali chłopca. 
- Wobec tego, chyba można zaryzykować? - Rzucam pytanie retoryczne. 
- Nie, nie można, Katniss. - Zaprzecza mi Peeta zdecydowanym tonem. 
-Niech oni podejmą decyzje! - Prawie krzyczę. - My będziemy w tym czasie wygrzewać dupska w pokoju dla mentorów! W ogóle nie powinniśmy mieć nic do powiedzenia! - Naskakuję na niego, nie powinien im prawić morałów. Dlaczego?
Ponieważ znam upartą Madge, i wiem że postawi na swoim. Jeśli przeżyje wyprawę do Rogu, będę z niej dumna. Może nawet i trochę z siebie, za to że miałam rację. 
- Katniss, to nie jest dobra postawa! - Odpowiada mi Peeta. 
- Powiedz mi co jest w niej złego!? - Walę otwartą dłonią w stół. 
- To że próbujesz ich upodobnić do siebie, Katniss! - O Peecie mogę powiedzieć wszystko, ale nie to, że będzie gadał od rzeczy. 
- Co!? - Mówię z największym niedowierzaniem, ale jestem również oburzona, że niby jak ich upodabniam? Owszem, poszłam po rzeczy z Rogu, ale zrobiło to również większa część trybutów w całej historii igrzysk. 
- To, oni nie muszą robić tego co ty! - Łapię mnie za rękę. 
- A czy ktoś im każe to robić? - Cedzę przez zęby i wyrywam rękę. 
- Widzę, mamy kłótnie małżeńską. - Madge się kpiąco uśmiecha. 
- Oh, zamknij się! - Burczę.
- Oh, czy na pewno? - Naśladuje mój głos a ja posyłam jej spojrzenie które mogłoby zabijać. 
- Koniec tych spin. - Mówi Effie. - Wszyscy do łóżek! 
- Tak jest. - W odpowiedzi słyszy zgodny pomruk wszystkich. Pchamy się do wyjścia. W korytarzu słyszę pomruk ust Madge wcelowanych idealnie w moje ucho:
- Widzę, mamy kłótnie małżeńską... 
  Nie zważając na nią idę do mojej sypialni. Padam na łóżko i zasypiam. 

  ***


   Tydzień mija dość szybko. 
          Dziś Madge wyrusza na arenę. Wstaje, jemy śniadanie, w milczeniu, grobowym milczeniu, takim jakim zamilknie dwadzieścia trzy osoby z areny, sama myśl jest upiorna, a co będzie gdy stanie się to na prawdę? 
 Nie chcę wiedzieć. 
 Madge już się przygotowuje do wyjścia. Musisz się z nią pożegnać, zapomniałaś? Oj, nie dobra przyjaciółka!- Odzywa się jakiś głos, nie Snow, inny, tak stanowczy, że podchodzę do córki burmistrza i przytulam ją w przyjacielskim, ale przepełnionym żalem uścisku. Nie mówię nic, ale spływa mi pojedyncza łza, która się nie powtarza. W ostatnim geście pożegnania ściskam jej dłoń. Ona zakłada naszyjnik z kostkami do gry, jej talizman i pamiątka z dystryktu. 
  Będzie mi jej tak brak. Niestety nie mam czasu na nic więcej, ponieważ idzie z Cinną. Zanim jednak pójdzie, przykładam do ust trzy palce, i gwiżdżę melodie Rue, która zginęła na arenie. Patrzę na plecy Madge, a potem na drzwi. Rozpacz rozdziera mi serce, ale nie jestem w stanie nic zrobić. Wpatruje się w jej oddalające się plecy, aż w końcu w drzwi...