Madge jest zlana potem.
Wchodzimy do pociągu.
- My za Chiny Ludowe nie wygrany. Po prostu przegramy, zginiemy, umrzemy, i tyle. - Rozpacza nowa trybutka Dwunastki.
- Wiadomo.- Oświadcza ponuro Alastor.
Walę otwartą dłonią
- Przestańcie być pesymistami! - Wołam.
- Jesteśmy realistami, Katniss. - Mruczy dziewczyna i grzebie z smętną miną.
- Peeta, weś coś im powiedz, bo ja zaraz to wszystko pierdolnę, i pójdę spać. - Tracę cierpliwość.
- Uspokój się. - Mówi mi. - A wy, wiemy że nie wygracie. Ale tylko wtedy, gdy dwunastolatek będzie mógł was pokonać. Jakie macie talenty?
- Tańczę, ale to mi życia nie uratuje. - Mówi Madge.
- Jestem w pierwszej dziesiątce graczy w GTA 41, ale to też mi życia nie uratuje.
- Musimy obejrzeć innych trybutów. - Włączam Telewizor. Dożynki w Jedenastce. Jakaś kobieta losuje nazwisko "Key Emerdo" Z tłumu wychodzi dwunastolatka. Ma na sobie mundurek domu komunalnego.
- Pierdole was wszystkich! - Krzyczy i pokazuje środkowe palce. - Jebią mnie te igrzyska! - Gdy podbiega do sceny zdejmuje burmistrzowi tupecik i depcze po peruce. - Pieprzcie się. - Patrzy na Strażników, wie że nie mogą jej nic zrobić, bo jest trybutką.
- Czemu się tak naraża? - Pyta Madge
- Bo jest z domu komunalnego, nie ma nikogo kogo kocha.- Wyjaśniam.
Następnie ta sama kobieta losuje nazwisko "Ben Elvendork"
W Dziesiątym Dystrykcie wylosowano parę niedożywionych dwunastolatków, niestanowiących zagrożenia. Dziewiątka, natomiast, z trybutów posiada dziewczynę, na oko szesnastoletnią, dziewczynę o kościstym ciele. Jej partner to trzynastolatek który się popłakał.
"Ósemek" jednak powinni się bać, jest to dwójka osiemnastolatków, umięśnionych. Dziewczyna w czekaniu na wylosowanie chłopca wyjmowała brud z pod paznokci nożem z pod pazuchy.
"Siódemek" również należy się obawiać. Szesnastolatek, Ken Ametist, wygląda jakby zabijanie sprawiało mu radość, najpierw palcem przejechał po szyji, potem schował pięść w dłoń. Jego partnerka wygląda jak mops.
- Niedługo tu wrócę. - Mówi, ale nie słychać w jej głosie strachu, wręcz przeciwnie, mówi ostrzegawczym tonem, przestroga dla innych trybutów.
- Tak ci się tylko wydaje. - Mówi Madge. - To ja wygram. - Moja przyjaciółka odzyskuje wiarę w siebie.
Znowu krótko, mam coraz mniej czasu, niestety...
Pa!
Blog o tym, co by było gdyby Peeta i Katniss nie trafili na arenę Ćwierćwiecza, ponieważ Kapitol przygotował by inną "atrakcję".
sobota, 26 kwietnia 2014
piątek, 25 kwietnia 2014
Rozdział 8
Pół roku szybko mija... Dziś Dożynki... To właśnie również dziś w nocy krzyczałam imię Prim, a ona przychodziła mi z pomocą.
Dzwoni budzik, nie przepraszam, Jaskier miauczy.
- Czego chcesz, durny kocie!? Idź do Prim! - Miauczy jeszcze głośniej. - Zaraz oszaleje! - Nie znam się na kotach, ale znam Jaskra. On chce mi uprzykrzyć życie. - Nie mam podrobów, więc sobie poprychaj! - Mimo to że krzyczę, kot nie ustępuje. Biorę go na ręce i idę do pokoju Prim. Ona czyta książkę. - Błagam cię, weś tego okropnego kota! - Jaskier się wyrywa jak może, ale trzymam go mocno.
- Nie jest okropny. - Prim bierze go ode mnie, a on się natychmiast uspakaja, ale syczy na mnie, w odpowiedzi naśladuje go. - Nie drażnij go, Katniss. - Prosi mnie.
- Dobrze. - W tym samym momencie mama wchodzi do pokoju.
- Tu macie sukienki. - Trzyma w rękach dwie sukienki. Obie są niewątpliwe od Cinny. Jedna, większa, ma prosty krój i kolor ciemnej zieleni. Ta na pewno jest moja. Druga, ta dla Prim, jest jasno fioletowa i sięga do kolan. Ubieramy się.
- Mogę ci zrobić warkocz, Katniss?- Prosi mnie Prim.
- Dobrze. - Mówię i odwracam się do niej tyłem, by miała łatwiejszy dostęp do włosów. - Daj, teraz ja tobie zrobię. - Mówię, gdy już skończyła. Ona się tym razem odwraca. Po chwili ma dwa warkocze.
- Chodź, Prim. - Wychodzimy z domu. Czekam na Peetę. Wychodzi i bierze mnie pod rękę. Ślub bierzemy za miesiąc. W Kapitolu.
Na placu żegnam się z Prim i idę do Pałacu Sprawiedliwości. Czekamy tam na Effie i Haymitcha. Gdy Effie przychodzi wygląda zupełnie normalnie. Wychodzimy. Są miarowe oklaski. Ale ludzie najbardziej są zdziwieni na widok Effie która ma na sobie małą czarną i balerinki.
- Damy mają pierwszeństwo! - Mówi, ale już coraz mniej w jej głosie jest Kapitolońskiego akcentu. - Madge Undersee! - Mówi. Burmistrz pobladł, matka Madge zemdlała, i teraz ktoś ją próbuje ocucić. Ja się czuje zbyt otępiała by coś czuć. Układam tylko twarz w minie mówiącej "to nie sprawiedliwe". Gale kiedyś mówił że pewnie czasem kartki są ustawione, na przykład gdy jakiś zwycięzca ma dzieci, po to by trafiły na arenę. Zawsze gdy zwycięska krew jest na arenie, zawsze są wielkie emocje w Kapitolu. Czy tak zrobiono by mnie zdezorientować i spowodować ból? Nie, gdyby chcieli to zrobili by tak z Prim. A może właśnie o to chodzi? Za Prim mógłby ktoś się zgłosić, a Madge? Ona się trzyma na uboczu, nie bardzo ją ludzie lubią. Blada Madge podchodzi do sceny. - A teraz czas wybrać trybuta płci męskiej! - Effie grzebie w puli. - Alastor Winter. - Wychodzi z tłumu chłopak mniej więcej w wieku 14 lat. Pewnie z rodziny kupieckiej, a może nawet bardzo bogatej, prawie tak samo bogatej jak Madge. Ma bardzo jasną skórę i prawie białe włosy. Robi się jeszcze bledszy, czy ktoś ma kołek osinowy? - Oto trybuci reprezezentujący Dwunasty Dystrykt, Madge Undersee i Alastor Winter! Wesołych Igrzysk Głodowych. I niech los zawsze wam sprzyja. - Effie mówi to, ale nie tryska entuzjazmem, chyba zrozumiała że to co się dzieje na arenie nie jest powodem do radości. Ale chyba musi choć się uśmiechnąć. Schodzimy z sceny.
Dziś tak krótko bo matka: a może byś posprzątała w swoim pokoju, tylko nasrać na środku, wyjdź z domu, nerdzie! (Tak, moja mama wie co to nerd, pozdrawiam mamę!) Więc, nie, nie można sobie posiedzieć przed kompikiem, często ona sama to nerd, jakieś romansidłowe opery mydlane ściąga z neta na służbowy laptop, i tylko gdy może je ogląda. Papa!
Dzwoni budzik, nie przepraszam, Jaskier miauczy.
- Czego chcesz, durny kocie!? Idź do Prim! - Miauczy jeszcze głośniej. - Zaraz oszaleje! - Nie znam się na kotach, ale znam Jaskra. On chce mi uprzykrzyć życie. - Nie mam podrobów, więc sobie poprychaj! - Mimo to że krzyczę, kot nie ustępuje. Biorę go na ręce i idę do pokoju Prim. Ona czyta książkę. - Błagam cię, weś tego okropnego kota! - Jaskier się wyrywa jak może, ale trzymam go mocno.
- Nie jest okropny. - Prim bierze go ode mnie, a on się natychmiast uspakaja, ale syczy na mnie, w odpowiedzi naśladuje go. - Nie drażnij go, Katniss. - Prosi mnie.
- Dobrze. - W tym samym momencie mama wchodzi do pokoju.
- Tu macie sukienki. - Trzyma w rękach dwie sukienki. Obie są niewątpliwe od Cinny. Jedna, większa, ma prosty krój i kolor ciemnej zieleni. Ta na pewno jest moja. Druga, ta dla Prim, jest jasno fioletowa i sięga do kolan. Ubieramy się.
- Mogę ci zrobić warkocz, Katniss?- Prosi mnie Prim.
- Dobrze. - Mówię i odwracam się do niej tyłem, by miała łatwiejszy dostęp do włosów. - Daj, teraz ja tobie zrobię. - Mówię, gdy już skończyła. Ona się tym razem odwraca. Po chwili ma dwa warkocze.
- Chodź, Prim. - Wychodzimy z domu. Czekam na Peetę. Wychodzi i bierze mnie pod rękę. Ślub bierzemy za miesiąc. W Kapitolu.
Na placu żegnam się z Prim i idę do Pałacu Sprawiedliwości. Czekamy tam na Effie i Haymitcha. Gdy Effie przychodzi wygląda zupełnie normalnie. Wychodzimy. Są miarowe oklaski. Ale ludzie najbardziej są zdziwieni na widok Effie która ma na sobie małą czarną i balerinki.
- Damy mają pierwszeństwo! - Mówi, ale już coraz mniej w jej głosie jest Kapitolońskiego akcentu. - Madge Undersee! - Mówi. Burmistrz pobladł, matka Madge zemdlała, i teraz ktoś ją próbuje ocucić. Ja się czuje zbyt otępiała by coś czuć. Układam tylko twarz w minie mówiącej "to nie sprawiedliwe". Gale kiedyś mówił że pewnie czasem kartki są ustawione, na przykład gdy jakiś zwycięzca ma dzieci, po to by trafiły na arenę. Zawsze gdy zwycięska krew jest na arenie, zawsze są wielkie emocje w Kapitolu. Czy tak zrobiono by mnie zdezorientować i spowodować ból? Nie, gdyby chcieli to zrobili by tak z Prim. A może właśnie o to chodzi? Za Prim mógłby ktoś się zgłosić, a Madge? Ona się trzyma na uboczu, nie bardzo ją ludzie lubią. Blada Madge podchodzi do sceny. - A teraz czas wybrać trybuta płci męskiej! - Effie grzebie w puli. - Alastor Winter. - Wychodzi z tłumu chłopak mniej więcej w wieku 14 lat. Pewnie z rodziny kupieckiej, a może nawet bardzo bogatej, prawie tak samo bogatej jak Madge. Ma bardzo jasną skórę i prawie białe włosy. Robi się jeszcze bledszy, czy ktoś ma kołek osinowy? - Oto trybuci reprezezentujący Dwunasty Dystrykt, Madge Undersee i Alastor Winter! Wesołych Igrzysk Głodowych. I niech los zawsze wam sprzyja. - Effie mówi to, ale nie tryska entuzjazmem, chyba zrozumiała że to co się dzieje na arenie nie jest powodem do radości. Ale chyba musi choć się uśmiechnąć. Schodzimy z sceny.
Dziś tak krótko bo matka: a może byś posprzątała w swoim pokoju, tylko nasrać na środku, wyjdź z domu, nerdzie! (Tak, moja mama wie co to nerd, pozdrawiam mamę!) Więc, nie, nie można sobie posiedzieć przed kompikiem, często ona sama to nerd, jakieś romansidłowe opery mydlane ściąga z neta na służbowy laptop, i tylko gdy może je ogląda. Papa!
czwartek, 24 kwietnia 2014
Rozdział 7
Każdy dzień jest taki sam, ubieram się, czytam z kartek, i idę spać, budzę się krzycząc imię Prim, Peeta otwiera drzwi i bierze mnie w ramiona.
- Katniss, godzina do przyjazdu. - Mówi Haymitch.
- Dobrze. - Siedzę na krześle w wagonie restauracyjnym, trzymam kubek z herbatą.
- Idź do siebie, czeka tam na ciebie Cinna.
- Dobrze - Powtarzam i wstaje z krzesła. Otwieram drzwi.
- Cześć. - Mówi Cinna.
- Cześć. - Mówię radośnie.
- Pokaż twarz. - Mówi Flavius - Zamknij oczy - Maluje mi powieki. - Rozbierz się. -Posłusznie wykonuje polecenie. Po paru minutach dostaje koszulkę, skórzaną kurtkę, i legginsy. - Ubierz się. - Robię to.- Daj rękę. - Podaję a on instaluje tipsy. - Druga. - Robi z kolejną to samo.
- Możemy iść. - Mówi Cinna i wychodzimy. Czekamy na korytarzu.
- Cześć, Katniss. - Mówi jakiś głos za mną. Odwracam się i widzę Peete. Patrzę przez okno. Po parunastu minutach widzę naszą zatęchłą stacyjkę. Są jest tam dużo osób, głównie przyjaciele Peety, ale widzę tam Madge, promiennie się uśmiechającą, Gale'a. Mamę, Prim, moją, kochaną, malutką Prim. Pociąg staje, a drzwi się otwierają. Prim do mnie podbiega i przytula. Także ją obejmuje.
- Cześć Prim. - Mówię, nie puszczając jej.
- Witaj Katniss. - Puszcza mnie.
- Cześć mamo. - Obejmuje ją delikatnie. Ona się uśmiecha.
- Dzieńdobry Kotna. - Mówi Gale.
- Cześć Gale.- Później witam się z Madge, i innymi ludźmi. Potem idziemy do domu. Gdy jesteśmy w domu mówie Prim o tym że Effie i Haymitch są razem.
- Effie Tinkiet? Dziwne...
- Wiem. Zresztą chodźmy do nich.- Ubieramy się, wychodzimy i pukamy do drzwi Haymitcha. Otwiera nam Effie.
- Witaj Katniss. Przyszłaś z Prim? Fajnie. - Effie ma na sobie jeansy i czerwoną bluzkę. Jej ognisto rude włosy ma splecione w warkocz aż do kolan. Bez makijażu wygląda młodo, na jakieś 26 lat.
- To ty, Effie?- Pyta Prim z niedowierzaniem.
- Prim, mówi się "pani".- Upominam ją.
- Czemu? - Pyta się Effie. Jestem trochę zdziwiona. Ona zawsze tak dużą wagę przykładała do manier. Haymitch ją zmienia. Ale chyba na leprze. Haymitch schodzi na dół.
- Cześć wam wszystkim- Mówi, ale nie obchodzimy go, bo właśnie sięga po wódkę. Zanim zdąży sobie nalać, Effie zabiera mu flaszkę.
- Piłeś już dziś. - Mówi delikatnie Effie.
- Ej... No Effie. Oddaj. - Mówi.
- Nie muszę.- Effie wskakuje szybko w obcasy, dzięki którym jest wyższa od mojego mentora. Butelkę z wódką odkręca i wylewa na dwór.
- Ej! To nie fear!
- Możliwe. - Potwierdza Effie. Prim się śmieje. Po chwili dołączam do niej.
- Jesteście śmieszni. - Mówi Prim.
- Dobra my idziemy. Prim chodź. - Mówię.
-Pa! - Mówi Prim z uśmiechem. Wychodzimy. Widzę Peetę na dworze. Patrzę na niego. Czuje że muszę coś powiedzieć, nawet wydukać coś. Nie. Nie udaje mi się to. - Cześć!- Mówi Prim. Jestem jej wdzięczna. To ona zaczęła, jestem jej za to wdzięczna.
- Cześć Prim. - Mówi - Witaj Katniss. - Mówi z uśmiechem. Nie wiem co zrobić. Uśmiecham się. Przytulam się do niego.
- Witaj Peeta.
- Ja pójdę. - Mówi Prim, mimo to siada na ławce obok i obserwuje. Nie bardzo nas to obchodzi. Jednak po paru minutach tylko tego że stoimy, moja siostra się nudzi. Idzie do domu.
- Katniss, kocham cię.- Mówi. Klęka. O kurwa. Myślę, bo wiem co się zaraz stanie. Tak jak myślałam, Peeta wyciągnął pierścionek. - Wyjdziesz za mnie? Tak naprawdę.
- Tak, Peeta. - Mówią moje usta, nie ja. Nie wydałam im tego polecenia. Może to podświadomość? Może to ona wydaje moim ustom polecenia? A jeśli tak, to znaczy że podświadomie chciałam tego... Nie, nie, nie... "A może", mówi coś w mojej głowie. Pragnę by ten głos w mojej głowie się zamknął. W dodatku mówi głosem Snowa... Przytulam Peetę. Mimo wszystko nie chcę by czuł się źle z mojego powodu. W tym samym momencie burczy mi w brzuchu.
- Jesteś głodna?
- Trochę.
- Chodź. - Prowadzi mnie do swojego domu. W domu ma dużo obrazów. Teraz widzę że tamto na ciastkach to dziecinada. Te obrazy natomiast są tak realne, że aż się pogubiłam co jest zdjęciem oprawionym w ramkę, a co obrazem. - Katniss. A to było naprawdę?
- Tak, Peeta, to było naprawdę.- Mówię, ja to mówię, nie moje usta, podświadomość z głosem Snowa. Tylko ja.
- Kocham cię. - Całuje mnie.
- Ja ciebie też.
- Katniss, godzina do przyjazdu. - Mówi Haymitch.
- Dobrze. - Siedzę na krześle w wagonie restauracyjnym, trzymam kubek z herbatą.
- Idź do siebie, czeka tam na ciebie Cinna.
- Dobrze - Powtarzam i wstaje z krzesła. Otwieram drzwi.
- Cześć. - Mówi Cinna.
- Cześć. - Mówię radośnie.
- Pokaż twarz. - Mówi Flavius - Zamknij oczy - Maluje mi powieki. - Rozbierz się. -Posłusznie wykonuje polecenie. Po paru minutach dostaje koszulkę, skórzaną kurtkę, i legginsy. - Ubierz się. - Robię to.- Daj rękę. - Podaję a on instaluje tipsy. - Druga. - Robi z kolejną to samo.
- Możemy iść. - Mówi Cinna i wychodzimy. Czekamy na korytarzu.
- Cześć, Katniss. - Mówi jakiś głos za mną. Odwracam się i widzę Peete. Patrzę przez okno. Po parunastu minutach widzę naszą zatęchłą stacyjkę. Są jest tam dużo osób, głównie przyjaciele Peety, ale widzę tam Madge, promiennie się uśmiechającą, Gale'a. Mamę, Prim, moją, kochaną, malutką Prim. Pociąg staje, a drzwi się otwierają. Prim do mnie podbiega i przytula. Także ją obejmuje.
- Cześć Prim. - Mówię, nie puszczając jej.
- Witaj Katniss. - Puszcza mnie.
- Cześć mamo. - Obejmuje ją delikatnie. Ona się uśmiecha.
- Dzieńdobry Kotna. - Mówi Gale.
- Cześć Gale.- Później witam się z Madge, i innymi ludźmi. Potem idziemy do domu. Gdy jesteśmy w domu mówie Prim o tym że Effie i Haymitch są razem.
- Effie Tinkiet? Dziwne...
- Wiem. Zresztą chodźmy do nich.- Ubieramy się, wychodzimy i pukamy do drzwi Haymitcha. Otwiera nam Effie.
- Witaj Katniss. Przyszłaś z Prim? Fajnie. - Effie ma na sobie jeansy i czerwoną bluzkę. Jej ognisto rude włosy ma splecione w warkocz aż do kolan. Bez makijażu wygląda młodo, na jakieś 26 lat.
- To ty, Effie?- Pyta Prim z niedowierzaniem.
- Prim, mówi się "pani".- Upominam ją.
- Czemu? - Pyta się Effie. Jestem trochę zdziwiona. Ona zawsze tak dużą wagę przykładała do manier. Haymitch ją zmienia. Ale chyba na leprze. Haymitch schodzi na dół.
- Cześć wam wszystkim- Mówi, ale nie obchodzimy go, bo właśnie sięga po wódkę. Zanim zdąży sobie nalać, Effie zabiera mu flaszkę.
- Piłeś już dziś. - Mówi delikatnie Effie.
- Ej... No Effie. Oddaj. - Mówi.
- Nie muszę.- Effie wskakuje szybko w obcasy, dzięki którym jest wyższa od mojego mentora. Butelkę z wódką odkręca i wylewa na dwór.
- Ej! To nie fear!
- Możliwe. - Potwierdza Effie. Prim się śmieje. Po chwili dołączam do niej.
- Jesteście śmieszni. - Mówi Prim.
- Dobra my idziemy. Prim chodź. - Mówię.
-Pa! - Mówi Prim z uśmiechem. Wychodzimy. Widzę Peetę na dworze. Patrzę na niego. Czuje że muszę coś powiedzieć, nawet wydukać coś. Nie. Nie udaje mi się to. - Cześć!- Mówi Prim. Jestem jej wdzięczna. To ona zaczęła, jestem jej za to wdzięczna.
- Cześć Prim. - Mówi - Witaj Katniss. - Mówi z uśmiechem. Nie wiem co zrobić. Uśmiecham się. Przytulam się do niego.
- Witaj Peeta.
- Ja pójdę. - Mówi Prim, mimo to siada na ławce obok i obserwuje. Nie bardzo nas to obchodzi. Jednak po paru minutach tylko tego że stoimy, moja siostra się nudzi. Idzie do domu.
- Katniss, kocham cię.- Mówi. Klęka. O kurwa. Myślę, bo wiem co się zaraz stanie. Tak jak myślałam, Peeta wyciągnął pierścionek. - Wyjdziesz za mnie? Tak naprawdę.
- Tak, Peeta. - Mówią moje usta, nie ja. Nie wydałam im tego polecenia. Może to podświadomość? Może to ona wydaje moim ustom polecenia? A jeśli tak, to znaczy że podświadomie chciałam tego... Nie, nie, nie... "A może", mówi coś w mojej głowie. Pragnę by ten głos w mojej głowie się zamknął. W dodatku mówi głosem Snowa... Przytulam Peetę. Mimo wszystko nie chcę by czuł się źle z mojego powodu. W tym samym momencie burczy mi w brzuchu.
- Jesteś głodna?
- Trochę.
- Chodź. - Prowadzi mnie do swojego domu. W domu ma dużo obrazów. Teraz widzę że tamto na ciastkach to dziecinada. Te obrazy natomiast są tak realne, że aż się pogubiłam co jest zdjęciem oprawionym w ramkę, a co obrazem. - Katniss. A to było naprawdę?
- Tak, Peeta, to było naprawdę.- Mówię, ja to mówię, nie moje usta, podświadomość z głosem Snowa. Tylko ja.
- Kocham cię. - Całuje mnie.
- Ja ciebie też.
środa, 23 kwietnia 2014
Rozdział 6
-Peeta, czemu my? Czemu nie ktoś inny mógłby być w takiej sytuacji? A my byśmy sobie siedzieli w domu i oglądali ich w telewizji - Pytam, choć pewnie brzmię jak narzekająca dziewczynka.
-Nie wiem. - W tym czasie na łące zachodzi słońce. - Popatrz, Katniss. - Wskazuje na słońce, a my siadamy na ziemi.
- Piękne.
- Zupełnie tak jak ty.
- Dzięki.
- A zaśpiewasz mi coś?
- Po co?
- Chcę zobaczyć czy kosogłosy zamilkną. - Faktycznie. Jest tu masa kosogłosów, które głośno śpiewają.
-W oddali łąki, wejdźże do łóżka
Czeka tam na cię z trawy poduszka.
Skłoń na niej główkę, oczęta zmróż,
Rankiem cię zbudzi słońce, twój stróż. - Śpiewam jedną zwrotkę.
- Umilkły. - Mówi Peeta. - Masz talent.
- Wcale nie. Odziedziczyłam to. Jest różnica.
- Katniss... Katniss... Wiem że naprawdę skromna nie jesteś.
- Ciekawe skąd ty to możesz wiedzieć?
- Czuje.
- Peeta, a co będzie po Tournee? W domu, w Dwunastce.
- Nie wiem. - Przytulam go. - Walka na spojrzenia? - Zabawa... Nie wie że to jedna z moich zabaw w lesie razem z Gale'm.
- Dobrze. Trzy, cztery ry!- Patrze się na niego, a on na mnie, ale wiem doskonale że to pretekst do popatrzenia na mnie. Mrugnął.
- Masz piękne oczy. - Mówi.
- Dziękuje, ale to nie zmienia faktu że przegrałeś.
- Wiem
- Jestem w tym wyćwiczona.
- A jakim sposobem? - Nie mogę mu powiedzieć prawdy o lesie i Gale'u.
- Gram w to z Prim.
- Apropos prymulek, proszę. - Peeta zrywa prymulkę nieopodal i wręcza mi ją.
- Jest piękna. Peeta, musimy wziąść ślub. - Mówię.
- Tak. Możemy to zrobić. - Odpowiada, lecz znów oficjalnie. W jego oczach jest jakieś niezadowolenie, może smutek, albo żal. - Katniss, ja chciałem naprawdę.
- Wiem, Peeta, wiem. Ale na to twoje naprawdę będzie masa czasu. Teraz trzeba przeżyć, przeżyć naprawdę.- Zastanawiam się czemu jestem taka nie miła. On przecież sobie dał zranić nogę aż do kości by mnie ratować! Coś się z mną jest nie tak.
-Wiem. -Przerywa moje rozmyślenia Peeta. Mówi stanowczo i ostro. Wstaje z łąki. Myślę że zrobi focha, ale on bierze mnie za rękę i pomaga wstać. Przytulam go, nie wiem czemu, może dlatego że się nie odwrócił od mnie. On odwzajemnia uścisk.
- Musimy iść na ogłoszenie Ćwierćwiecza Poskromienia. - Ni skąd, ni zowąd pojawia się Haymitch. Idziemy za nim. Siadam na kanapie w naszym pociągu, Peeta siada obok mnie i obejmuje. Rozbrzmiewa hymn Panem oznajmiający początek programu. Prezydent Snow siedzi na jakimś starym krześle. Na kolanach ma drewnianą skrzynkę.
- Witam. - Mówi zimno. - "Podczas trzeciego Ćwierćwiecza Poskromienia arena będzie o pięć razy mniejsza niż rok temu, dla przypomnienia że to życie to sztuka i cenny dar, i że należy pomyśleć czy jeden nieprzemyślany czyn, jedno nieprzemyślane powstanie, jeden bunt może je zakończyć dla całego Panem." - Czyta Snow. Nie tak źle, myślę... Ale nadal mogą wylosować Prim... Ale jedna osoba już jest bezpieczna. Gale. Rok temu miał ostatnie losowanie. Ta myśl mnie trochę pokrzepia.
- Mogło być gorzej. - Mówi Peeta. Idę do swojego pokoju. Choć jest jeszcze siódma, chce mi się spać. Przebieram się i wskakuje do łóżka. Zasypiam szybko. Śnie o dniu tegorocznych Dożynek. Wylosowano Prim. Nie mogę się zgłosić, bo jako zwyciężczyni mam ochronę i nie biorę udziału w losowaniach. Budzę się, krzycząc jej imię. Płaczę, targa mną histeryczny szloch. Peeta otwiera drzwi. Obejmuje mnie.
- Spokojnie, Katniss... Ciii... - Ociera mi łzy.
- Priiiim!- Zawodzę jak ranne zwierzę, nadal jestem jedną nogą w koszmarach.
- Prim nic nie jest! Rozumiesz? - Tłumaczy mi cierpliwie, lecz stanowczo. Otwiera usta by powiedzieć coś, uspokoić mnie, ale znowu krzyczę imię małej, słodkiej Prim, którą teraz, okiem wyobraźni, widzę zalaną krwią na igrzyskach, brutalnie zamordowaną przez jakiegoś zawodowca. Cierpię, chyba bardziej niż po jadzie os gończych. Bardziej niż kiedykolwiek, włączając w to ból fizyczny.
-Wcale... Nie, Peeta... - Ciągle przerywa mi szloch. - Zawodowcy... Oni, ją zamordowali!- Szlocham.- Na igrzyskach!
-Nie, Katniss. Prim teraz śpi w Dwunastce, całkowicie bezpieczna! Nie ma nawet zadrapania.
- Nie! Ona ma poderżnięte gardło i odcięte palce! - Szlocham histerycznie. -Moja, mała Prim nie żyje!- Peeta chyba zmienia taktykę, bo mnie tylko przytula i mówi "Ciiii" szeptem. Co jakiś czas tylko jęczę imię mojej siostry. Aż w końcu cichnę i zasypiam...
Mnie to trochę wzruszyło. Mam ogromną ochotę wam zaspojlerować coś. Powiem tylko że Dożynki będą Osamowe, a nie przepraszam, bombowe.
Pa!
-Nie wiem. - W tym czasie na łące zachodzi słońce. - Popatrz, Katniss. - Wskazuje na słońce, a my siadamy na ziemi.
- Piękne.
- Zupełnie tak jak ty.
- Dzięki.
- A zaśpiewasz mi coś?
- Po co?
- Chcę zobaczyć czy kosogłosy zamilkną. - Faktycznie. Jest tu masa kosogłosów, które głośno śpiewają.
-W oddali łąki, wejdźże do łóżka
Czeka tam na cię z trawy poduszka.
Skłoń na niej główkę, oczęta zmróż,
Rankiem cię zbudzi słońce, twój stróż. - Śpiewam jedną zwrotkę.
- Umilkły. - Mówi Peeta. - Masz talent.
- Wcale nie. Odziedziczyłam to. Jest różnica.
- Katniss... Katniss... Wiem że naprawdę skromna nie jesteś.
- Ciekawe skąd ty to możesz wiedzieć?
- Czuje.
- Peeta, a co będzie po Tournee? W domu, w Dwunastce.
- Nie wiem. - Przytulam go. - Walka na spojrzenia? - Zabawa... Nie wie że to jedna z moich zabaw w lesie razem z Gale'm.
- Dobrze. Trzy, cztery ry!- Patrze się na niego, a on na mnie, ale wiem doskonale że to pretekst do popatrzenia na mnie. Mrugnął.
- Masz piękne oczy. - Mówi.
- Dziękuje, ale to nie zmienia faktu że przegrałeś.
- Wiem
- Jestem w tym wyćwiczona.
- A jakim sposobem? - Nie mogę mu powiedzieć prawdy o lesie i Gale'u.
- Gram w to z Prim.
- Apropos prymulek, proszę. - Peeta zrywa prymulkę nieopodal i wręcza mi ją.
- Jest piękna. Peeta, musimy wziąść ślub. - Mówię.
- Tak. Możemy to zrobić. - Odpowiada, lecz znów oficjalnie. W jego oczach jest jakieś niezadowolenie, może smutek, albo żal. - Katniss, ja chciałem naprawdę.
- Wiem, Peeta, wiem. Ale na to twoje naprawdę będzie masa czasu. Teraz trzeba przeżyć, przeżyć naprawdę.- Zastanawiam się czemu jestem taka nie miła. On przecież sobie dał zranić nogę aż do kości by mnie ratować! Coś się z mną jest nie tak.
-Wiem. -Przerywa moje rozmyślenia Peeta. Mówi stanowczo i ostro. Wstaje z łąki. Myślę że zrobi focha, ale on bierze mnie za rękę i pomaga wstać. Przytulam go, nie wiem czemu, może dlatego że się nie odwrócił od mnie. On odwzajemnia uścisk.
- Musimy iść na ogłoszenie Ćwierćwiecza Poskromienia. - Ni skąd, ni zowąd pojawia się Haymitch. Idziemy za nim. Siadam na kanapie w naszym pociągu, Peeta siada obok mnie i obejmuje. Rozbrzmiewa hymn Panem oznajmiający początek programu. Prezydent Snow siedzi na jakimś starym krześle. Na kolanach ma drewnianą skrzynkę.
- Witam. - Mówi zimno. - "Podczas trzeciego Ćwierćwiecza Poskromienia arena będzie o pięć razy mniejsza niż rok temu, dla przypomnienia że to życie to sztuka i cenny dar, i że należy pomyśleć czy jeden nieprzemyślany czyn, jedno nieprzemyślane powstanie, jeden bunt może je zakończyć dla całego Panem." - Czyta Snow. Nie tak źle, myślę... Ale nadal mogą wylosować Prim... Ale jedna osoba już jest bezpieczna. Gale. Rok temu miał ostatnie losowanie. Ta myśl mnie trochę pokrzepia.
- Mogło być gorzej. - Mówi Peeta. Idę do swojego pokoju. Choć jest jeszcze siódma, chce mi się spać. Przebieram się i wskakuje do łóżka. Zasypiam szybko. Śnie o dniu tegorocznych Dożynek. Wylosowano Prim. Nie mogę się zgłosić, bo jako zwyciężczyni mam ochronę i nie biorę udziału w losowaniach. Budzę się, krzycząc jej imię. Płaczę, targa mną histeryczny szloch. Peeta otwiera drzwi. Obejmuje mnie.
- Spokojnie, Katniss... Ciii... - Ociera mi łzy.
- Priiiim!- Zawodzę jak ranne zwierzę, nadal jestem jedną nogą w koszmarach.
- Prim nic nie jest! Rozumiesz? - Tłumaczy mi cierpliwie, lecz stanowczo. Otwiera usta by powiedzieć coś, uspokoić mnie, ale znowu krzyczę imię małej, słodkiej Prim, którą teraz, okiem wyobraźni, widzę zalaną krwią na igrzyskach, brutalnie zamordowaną przez jakiegoś zawodowca. Cierpię, chyba bardziej niż po jadzie os gończych. Bardziej niż kiedykolwiek, włączając w to ból fizyczny.
-Wcale... Nie, Peeta... - Ciągle przerywa mi szloch. - Zawodowcy... Oni, ją zamordowali!- Szlocham.- Na igrzyskach!
-Nie, Katniss. Prim teraz śpi w Dwunastce, całkowicie bezpieczna! Nie ma nawet zadrapania.
- Nie! Ona ma poderżnięte gardło i odcięte palce! - Szlocham histerycznie. -Moja, mała Prim nie żyje!- Peeta chyba zmienia taktykę, bo mnie tylko przytula i mówi "Ciiii" szeptem. Co jakiś czas tylko jęczę imię mojej siostry. Aż w końcu cichnę i zasypiam...
Mnie to trochę wzruszyło. Mam ogromną ochotę wam zaspojlerować coś. Powiem tylko że Dożynki będą Osamowe, a nie przepraszam, bombowe.
Pa!
wtorek, 22 kwietnia 2014
Rozdział 5
Peeta siada obok mnie na kanapie. Patrzy na mnie przepraszająco. Łapie mnie za ręce. Jego ręce są ciepłe, ale drżą.
- Katniss... - Zaczyna, ale widzę że to dla niego trudne. Widać że żałuje tej chwili niepoczytalności. Ta cała historia by była śmieszna, gdyby nie była moja. - Przepraszam... - Szanuje to że tak powiedział. Mam ochotę mu się rzucić w ramiona i powiedzieć że wybaczam, ale mnie zranił. Chcę żeby się pomęczył. - Katniss, ja cię przepraszam... - Leci mi łza, a on ją chcę otrzeć, ale odtrącam jego rękę. Nie chcę tego. Ale jednak wiem że coś do niego czuję. Nawet jeśli nie miłość to przyjaźń.- Kocham cię. Bardzo.- Mówi. Wiem, ale wypuszczam kolejną łzę. Patrzę na niego. Ale nie potrafię mu wybaczyć. Biję się z myślami. Chcę go przytulić. Ale on przed chwilą się na mnie wydarł i przeklinał. Nie chcę się robić czegoś typu Foch Forever, to nie jest poważne. A ta sprawa jest poważna, jeśli się nie pogodzimy śmierć grozi naszym rodzinom, przyjaciołom i całej Dwunastce w najgorszym przypadku.
-Peeta, wiem... Ale... Wiesz co zrobiłeś.
-Wiem, i żałuje. - Jest smutny i cierpi, po raz kolejny z mojego powodu. W sumie to on krzyczał, nie ja. A to że mnie zranił to mógł się tego spodziewać.
- Ale, to nie jest takie proste. - Leci mi parę łez, Peeta mi próbuje je otrzeć ale nie protestuje, nie odtrącam jego ręki. Ale jakaś cząstka mnie jest przeciw.
-Wiem, ale, Katniss, proszę cię.
- Dobrze. - Zmiękło mi serce. Przytulam go. Czuję momentalną ulgę. Uśmiecham się.
- Kocham cię. - Mówi Peeta.
-Wiem.- Mówię i całuje go w usta.
- A ty?
- Ale Peeta, ja nadal nie wiem co do ciebie czuje. To trudne. Wiem że nie zrozumiesz, nawet tego nie chcę, i nie próbuje prosić o to. Ale chociaż to zaakceptuj.
-Dobrze, postaram się.
-Dziękuje.
- Chodźmy do Haymitcha i Effie. Pewnie siedzą jak na szpilkach.- Mówi.
- Zaraz. - I całuje go w usta długo, przez parę sekund, a on po tym się szeroko uśmiecha.Teraz mnie cieszy wszystko, nawet myśl o Haymitchu- Teraz możemy iść.- Bierze mnie pod rękę. Wychodzimy i widzimy Haymitcha i Effie z szklankami przy ścianie.
- My nic nie robimy. - Prostuje się mentor zakłopotany.
-Właśnie- Przytakuje mu Effie.
- Dobra, i tak was uwielbiam. - Mówię i przytulam Effie.
- A ja? - Odzywa się Peeta i po chwili także dostaje przytulasa.
-A ja? -Mówi Haymitch. Też go przytulam, choć nie wieżę w to co robię, ja przytulam HAYMITCHA? Serio?
- Śmierdzisz bimbrem. -Mówię z śmiechem, ale wiadomo że to żart.
- A ty kwiatami. - Śmieje się Haymitch.
- Ja was wszystkich uwielbiam! - Wołam z euforią.
-My ciebie też. - Zapewnia mnie wielka, chodząca Peruka.- A możemy wam coś w tajemnicy powiedzieć?
- Oczywiście. -Mówię
-Jesteśmy parą! - Mówi Effie. W efekcie Peeta stoi z otwartymi ustami.
- Ja pierdole... - Śmieje się. - Dziś nie jest 1 kwietnia.
- Wiemy
- A jak macie zamiar się spotykać? Effie jest z Kapitolu. - Mówię.
- Od wczoraj jest legalną obywatelką Dwunastki. - Mówi Haymitch
-A ty - Mówię do Effie - chcesz mieszkać w Haymitchowym chlewie?
- Nie chlew, jak wrócimy wszystko będzie ładne, pięknę. Zatrudniłam sprzątaczy. - Odpowiada.
- Dobra, to jest dziwne. A dasz radę żyć w tym dystrykcie? Tam ludzie umierają z głodu. Tam nie przyjmą twoich sukieneczek z bóg wie jakimi gadżetami i nienaturalnie kolorowymi włoskami. Życie tam to nie sielanka, co więcej, nikt nie lubi Kapitolońskich wydziwiań z modą. - Chcę powiedzieć jej że pięknie nie będzie.
- Wiem, od paru miesięcy się ubieram normalnie, tylko w telewizji się wydurniam. Co więcej kupiłaś ode mnie na Ćwieku. Dwa tygodnie temu, lody i lekarstwo do apteczki matki.
- To byłaś ty?
-Tak.
- A jaki masz kolor włosów naturalnie?
-Rudy, i nigdy go nie farbowałam. Wszystko peruki.
-Katniss. Mogłabyś z mną? - Mówi Peeta. Prowadzi mnie na łąkę. Coś mu pewnie się przypomniało. - Katniss, ja wszystko zrozumiałem. Muszę się ci oświadczyć. Nie chodzi już nawet o tę cholerną miłość, o nasze życie i życie ludzi z Dwunastki.
- Wiem, my tu jesteśmy mało istotni. Mam Prim i matkę.
- I kuzynów. - Mówi z przekąsem Peeta.
- Weś, przestań. A z Galem się tylko przyjaźnie.
- Ty nie plotkowałaś w szkole przed Igrzyskami?
-Nie.
- A mi się parę o uszy obiło. Przez jakieś 2 lata przed igrzyskami myślałem że go naprawdę kochasz.
- Ale tak nie jest!
-Ale to tak wygląda, Katniss! Co z tego że tak nie jest! Dla całego Panem to tak wygląda!
- Nie zasłaniaj się Panem!
- Nie zasłaniam się.
-Skoro tak, to daj mi spokój.
- Katniss. To tak nie działa.
- No i? To nie ma nic do rzeczy. Będziemy mieli szczęście jeśli w ogóle przeżyjemy! - Mam łzy w oczach, nie wiem czemu, chyba z bezsilności... Leci łza.
- Proszę cię, nie płacz znów. - Moje łzy chyba robią na nim wrażenie. Negatywne. Wiem że to sposób na niego. Ale nie będę manipulantką. Tej broni używa Kapitol, a ja się nie zniżę do tego poziomu.
- Próbuję. Ale to silniejsze ode mnie. Nic na to nie poradzę.
- Chodź. - Peeta bierze mnie w ramiona.
-Kocham cię. - Mówię zdecydowanie. - Nie puszczaj mnie.- Boję się tej chwili.
Wiem że niektórzy nie lubią Hayffie. Wiem że będzie foch forever. Ale postanowiłam to zrobić. Pewnie część będzie mnie uważać za tą zuą, a część się ucieszy. Próbuje jak najbardziej wzruszać. Gdy wrócę do szkoły pewnie będzie mniej materiału, albo będzie krótszy. Papatki!
- Katniss... - Zaczyna, ale widzę że to dla niego trudne. Widać że żałuje tej chwili niepoczytalności. Ta cała historia by była śmieszna, gdyby nie była moja. - Przepraszam... - Szanuje to że tak powiedział. Mam ochotę mu się rzucić w ramiona i powiedzieć że wybaczam, ale mnie zranił. Chcę żeby się pomęczył. - Katniss, ja cię przepraszam... - Leci mi łza, a on ją chcę otrzeć, ale odtrącam jego rękę. Nie chcę tego. Ale jednak wiem że coś do niego czuję. Nawet jeśli nie miłość to przyjaźń.- Kocham cię. Bardzo.- Mówi. Wiem, ale wypuszczam kolejną łzę. Patrzę na niego. Ale nie potrafię mu wybaczyć. Biję się z myślami. Chcę go przytulić. Ale on przed chwilą się na mnie wydarł i przeklinał. Nie chcę się robić czegoś typu Foch Forever, to nie jest poważne. A ta sprawa jest poważna, jeśli się nie pogodzimy śmierć grozi naszym rodzinom, przyjaciołom i całej Dwunastce w najgorszym przypadku.
-Peeta, wiem... Ale... Wiesz co zrobiłeś.
-Wiem, i żałuje. - Jest smutny i cierpi, po raz kolejny z mojego powodu. W sumie to on krzyczał, nie ja. A to że mnie zranił to mógł się tego spodziewać.
- Ale, to nie jest takie proste. - Leci mi parę łez, Peeta mi próbuje je otrzeć ale nie protestuje, nie odtrącam jego ręki. Ale jakaś cząstka mnie jest przeciw.
-Wiem, ale, Katniss, proszę cię.
- Dobrze. - Zmiękło mi serce. Przytulam go. Czuję momentalną ulgę. Uśmiecham się.
- Kocham cię. - Mówi Peeta.
-Wiem.- Mówię i całuje go w usta.
- A ty?
- Ale Peeta, ja nadal nie wiem co do ciebie czuje. To trudne. Wiem że nie zrozumiesz, nawet tego nie chcę, i nie próbuje prosić o to. Ale chociaż to zaakceptuj.
-Dobrze, postaram się.
-Dziękuje.
- Chodźmy do Haymitcha i Effie. Pewnie siedzą jak na szpilkach.- Mówi.
- Zaraz. - I całuje go w usta długo, przez parę sekund, a on po tym się szeroko uśmiecha.Teraz mnie cieszy wszystko, nawet myśl o Haymitchu- Teraz możemy iść.- Bierze mnie pod rękę. Wychodzimy i widzimy Haymitcha i Effie z szklankami przy ścianie.
- My nic nie robimy. - Prostuje się mentor zakłopotany.
-Właśnie- Przytakuje mu Effie.
- Dobra, i tak was uwielbiam. - Mówię i przytulam Effie.
- A ja? - Odzywa się Peeta i po chwili także dostaje przytulasa.
-A ja? -Mówi Haymitch. Też go przytulam, choć nie wieżę w to co robię, ja przytulam HAYMITCHA? Serio?
- Śmierdzisz bimbrem. -Mówię z śmiechem, ale wiadomo że to żart.
- A ty kwiatami. - Śmieje się Haymitch.
- Ja was wszystkich uwielbiam! - Wołam z euforią.
-My ciebie też. - Zapewnia mnie wielka, chodząca Peruka.- A możemy wam coś w tajemnicy powiedzieć?
- Oczywiście. -Mówię
-Jesteśmy parą! - Mówi Effie. W efekcie Peeta stoi z otwartymi ustami.
- Ja pierdole... - Śmieje się. - Dziś nie jest 1 kwietnia.
- Wiemy
- A jak macie zamiar się spotykać? Effie jest z Kapitolu. - Mówię.
- Od wczoraj jest legalną obywatelką Dwunastki. - Mówi Haymitch
-A ty - Mówię do Effie - chcesz mieszkać w Haymitchowym chlewie?
- Nie chlew, jak wrócimy wszystko będzie ładne, pięknę. Zatrudniłam sprzątaczy. - Odpowiada.
- Dobra, to jest dziwne. A dasz radę żyć w tym dystrykcie? Tam ludzie umierają z głodu. Tam nie przyjmą twoich sukieneczek z bóg wie jakimi gadżetami i nienaturalnie kolorowymi włoskami. Życie tam to nie sielanka, co więcej, nikt nie lubi Kapitolońskich wydziwiań z modą. - Chcę powiedzieć jej że pięknie nie będzie.
- Wiem, od paru miesięcy się ubieram normalnie, tylko w telewizji się wydurniam. Co więcej kupiłaś ode mnie na Ćwieku. Dwa tygodnie temu, lody i lekarstwo do apteczki matki.
- To byłaś ty?
-Tak.
- A jaki masz kolor włosów naturalnie?
-Rudy, i nigdy go nie farbowałam. Wszystko peruki.
-Katniss. Mogłabyś z mną? - Mówi Peeta. Prowadzi mnie na łąkę. Coś mu pewnie się przypomniało. - Katniss, ja wszystko zrozumiałem. Muszę się ci oświadczyć. Nie chodzi już nawet o tę cholerną miłość, o nasze życie i życie ludzi z Dwunastki.
- Wiem, my tu jesteśmy mało istotni. Mam Prim i matkę.
- I kuzynów. - Mówi z przekąsem Peeta.
- Weś, przestań. A z Galem się tylko przyjaźnie.
- Ty nie plotkowałaś w szkole przed Igrzyskami?
-Nie.
- A mi się parę o uszy obiło. Przez jakieś 2 lata przed igrzyskami myślałem że go naprawdę kochasz.
- Ale tak nie jest!
-Ale to tak wygląda, Katniss! Co z tego że tak nie jest! Dla całego Panem to tak wygląda!
- Nie zasłaniaj się Panem!
- Nie zasłaniam się.
-Skoro tak, to daj mi spokój.
- Katniss. To tak nie działa.
- No i? To nie ma nic do rzeczy. Będziemy mieli szczęście jeśli w ogóle przeżyjemy! - Mam łzy w oczach, nie wiem czemu, chyba z bezsilności... Leci łza.
- Proszę cię, nie płacz znów. - Moje łzy chyba robią na nim wrażenie. Negatywne. Wiem że to sposób na niego. Ale nie będę manipulantką. Tej broni używa Kapitol, a ja się nie zniżę do tego poziomu.
- Próbuję. Ale to silniejsze ode mnie. Nic na to nie poradzę.
- Chodź. - Peeta bierze mnie w ramiona.
-Kocham cię. - Mówię zdecydowanie. - Nie puszczaj mnie.- Boję się tej chwili.
Wiem że niektórzy nie lubią Hayffie. Wiem że będzie foch forever. Ale postanowiłam to zrobić. Pewnie część będzie mnie uważać za tą zuą, a część się ucieszy. Próbuje jak najbardziej wzruszać. Gdy wrócę do szkoły pewnie będzie mniej materiału, albo będzie krótszy. Papatki!
Rozdział 4
- Może być, skarbie.- Mówi mi Haymitch. - Chodź- prowadzi mnie do innego pokoju pałacu. A Peeta się w tym czasie dziwnie na nas patrzy.
- On chyba coś podejrzewa.-Mówię. - Pewnie właśnie słucha.
- Wiem, skarbie, dlatego trzeba mu powiedzieć.
- A kto to zrobi?
-Wiadomo że ty.
- Czemu?
- Bo jesteś jego miłością i na ciebie się nie pogniewa.
- Coś mi się to nie widzi.
-Boisz się? Przecież jesteś obojętna. - Mentor uderza w samo sedno
- Nie jestem obojętna!- Mówię mocno i dosadnie, prawie krzyczę.
- Nie, nie, nie. Nie jesteś obojętna. -Mówi z sarkazmem. Czuje złość. Narastającą.
- Zamknij się!- Mówię, a on przedrzeźnia mnie dziecięcym głosikiem. Uderzam go w twarz otwartą ręką.
- To nie zmienia faktu, że jesteś obojętna. Skarbie.- Ostatnie słowo akcentuje złośliwie.
- Nie jestem twoim skarbem!
- Peety też nie.
- Mówiłem ci że go nie kochasz?
- Morda w kubeł!
- Mówiłem ci że masz tyle uroku co zdechła dżdżownica? Łgać też nie umiesz.
- Nie wiem co ci zrobię, jeśli się okaże że słyszał to Peeta!
- Może się odwrócisz.- Odwracam się szybko, ale Peety tu nie ma.
-Ty kłamco! Ja wiem że nie jestem do końca fear w stosunku do Peety, ale powiedz mi kiedy będę mogła przestać udawać do niego miłość. Przecież ja nie wytrzymam.
- Nigdy- Mówi mi to a ja nie dowierzam.
- Jak to?
- Tak to. Co roku, gdy będą przypominać o was, jako mentorach, będą mówić coś w stylu "A ich mentorami są Nieszczęśliwi Kochankowie, Katniss Everdeen i Peeta Melark." Rozumiesz o co mi chodzi?
- Tak. Co roku.- Mówię otępiała znaczeniem tych słów. Leci mi łza. Nie rozumiem czemu. Nie jest to coś smutnego... A może, tylko jeszcze o tym nie wiem? Czuje się przymuszona. Ocieram łzę. Haymitch kładzie mi ręce na ramionach i patrzy w oczy.
- Musisz wytrzymać.
- Wiem - Druga łza. Nie wiem czemu.
- Chodź, skarbie. - Ociera moją łzę.
-W końcu trzeba mu będzie powiedzieć- W tym samym czasie drzwi otwiera Peeta.
- A co powiedzieć?
- Gdy Katniss wyciągnęła łykołaki na arenie, Kapitol pomyślał że to bunt. Ale Seneca był sentymentalny. Od czasu tego zdarzenia daje jej instrukcje.
- Że co kurwa? Dlaczego nic nie wiem?! - Peeta krzyczy, jest wściekły. Patrzy prosto na mnie. Nie jest zły na mentora. Jest zły na mnie.
- Spokojnie... Peeta... - Łapię go za ramiona. Wyrywa się.
- Spokojnie?! Łatwo ci mówić. Ty nie byłaś okłamywana! - Wrzeszczy. - Nara! - Krzyczy mi prosto w twarz, najgłośniej jak może. Wychodzi. Mrugam i wypuszczam łzę. Druga. Po chwili płaczę. Wychodzę. Biegnę w stronę przeciwną do Peety. Wpadam na Effie.
- Katniss, złotko, co się dzieje?
- Nic.
- Katniss...- Łapie mnie za rękę.
-Effie, zostaw! - Wyrywam dłoń. Idę do jakiegoś pokoju. Nie bardzo mnie obchodzi co to za pokój. Puka ktoś.
- Effie, naprawdę nie chcę pomocy. - Płaczę z twarzą w poduszce z jakiejś kanapy.
- Skarbie, fatalnie wyglądasz. - Mówi Haymitch.
-I?
- Nic. Wiedz że Peeta się już uspokoił.
- Weś mi nawet o nim nie mów!
- Dobrze, ale pierwsze o co mnie zapytał to jak ty na to zareagowałaś, on się o ciebie martwi, bardziej niż o siebie.
- Po co mi to mówisz? - Pytam ostro, ale wewnątrz czuję że to dobrze. Że dla chłopaka który podarował mi chleb jestem naprawdę ważna...
- Nie wiem, chciał przekazać że cię kocha i przeprasza. - Czuje szczęście.
- To dobrze- mówię zimno
- A czy może wejść?- Tego się nie spodziewałam. Myślę. W końcu mówi mi coś w głowie że tak.
-Dobrze - Mówię, choć wcale nie wydałam ustom takiego polecenia. Ale nie mogę odwołać.
- Pójdę po niego - Mentor wstaje i wychodzi, a ja się próbuje przygotować psychicznie... Drzwi się otwierają. Nie jestem przygotowana na widok chłopca z chlebem, ale jest za późno.
Wchodzi blondyn który patrzy mi się w oczy przepraszająco.
- To ja was zostawię- mówi Haymitch
Popłakałam się podczas pisania. Dziś nie będzie żartów z rozdwojeniem jaźni. Postaram się dziś wrzucić coś jeszcze, ale to wieczorem. Jeśli włączycie sobie to:https://www.youtube.com/watch?v=suJqCw3SAZw albo to :https://www.youtube.com/watch?v=uKrCE1aYz7o podczas czytania to się na 100 proc. popłaczecie.
- On chyba coś podejrzewa.-Mówię. - Pewnie właśnie słucha.
- Wiem, skarbie, dlatego trzeba mu powiedzieć.
- A kto to zrobi?
-Wiadomo że ty.
- Czemu?
- Bo jesteś jego miłością i na ciebie się nie pogniewa.
- Coś mi się to nie widzi.
-Boisz się? Przecież jesteś obojętna. - Mentor uderza w samo sedno
- Nie jestem obojętna!- Mówię mocno i dosadnie, prawie krzyczę.
- Nie, nie, nie. Nie jesteś obojętna. -Mówi z sarkazmem. Czuje złość. Narastającą.
- Zamknij się!- Mówię, a on przedrzeźnia mnie dziecięcym głosikiem. Uderzam go w twarz otwartą ręką.
- To nie zmienia faktu, że jesteś obojętna. Skarbie.- Ostatnie słowo akcentuje złośliwie.
- Nie jestem twoim skarbem!
- Peety też nie.
- Mówiłem ci że go nie kochasz?
- Morda w kubeł!
- Mówiłem ci że masz tyle uroku co zdechła dżdżownica? Łgać też nie umiesz.
- Nie wiem co ci zrobię, jeśli się okaże że słyszał to Peeta!
- Może się odwrócisz.- Odwracam się szybko, ale Peety tu nie ma.
-Ty kłamco! Ja wiem że nie jestem do końca fear w stosunku do Peety, ale powiedz mi kiedy będę mogła przestać udawać do niego miłość. Przecież ja nie wytrzymam.
- Nigdy- Mówi mi to a ja nie dowierzam.
- Jak to?
- Tak to. Co roku, gdy będą przypominać o was, jako mentorach, będą mówić coś w stylu "A ich mentorami są Nieszczęśliwi Kochankowie, Katniss Everdeen i Peeta Melark." Rozumiesz o co mi chodzi?
- Tak. Co roku.- Mówię otępiała znaczeniem tych słów. Leci mi łza. Nie rozumiem czemu. Nie jest to coś smutnego... A może, tylko jeszcze o tym nie wiem? Czuje się przymuszona. Ocieram łzę. Haymitch kładzie mi ręce na ramionach i patrzy w oczy.
- Musisz wytrzymać.
- Wiem - Druga łza. Nie wiem czemu.
- Chodź, skarbie. - Ociera moją łzę.
-W końcu trzeba mu będzie powiedzieć- W tym samym czasie drzwi otwiera Peeta.
- A co powiedzieć?
- Gdy Katniss wyciągnęła łykołaki na arenie, Kapitol pomyślał że to bunt. Ale Seneca był sentymentalny. Od czasu tego zdarzenia daje jej instrukcje.
- Że co kurwa? Dlaczego nic nie wiem?! - Peeta krzyczy, jest wściekły. Patrzy prosto na mnie. Nie jest zły na mentora. Jest zły na mnie.
- Spokojnie... Peeta... - Łapię go za ramiona. Wyrywa się.
- Spokojnie?! Łatwo ci mówić. Ty nie byłaś okłamywana! - Wrzeszczy. - Nara! - Krzyczy mi prosto w twarz, najgłośniej jak może. Wychodzi. Mrugam i wypuszczam łzę. Druga. Po chwili płaczę. Wychodzę. Biegnę w stronę przeciwną do Peety. Wpadam na Effie.
- Katniss, złotko, co się dzieje?
- Nic.
- Katniss...- Łapie mnie za rękę.
-Effie, zostaw! - Wyrywam dłoń. Idę do jakiegoś pokoju. Nie bardzo mnie obchodzi co to za pokój. Puka ktoś.
- Effie, naprawdę nie chcę pomocy. - Płaczę z twarzą w poduszce z jakiejś kanapy.
- Skarbie, fatalnie wyglądasz. - Mówi Haymitch.
-I?
- Nic. Wiedz że Peeta się już uspokoił.
- Weś mi nawet o nim nie mów!
- Dobrze, ale pierwsze o co mnie zapytał to jak ty na to zareagowałaś, on się o ciebie martwi, bardziej niż o siebie.
- Po co mi to mówisz? - Pytam ostro, ale wewnątrz czuję że to dobrze. Że dla chłopaka który podarował mi chleb jestem naprawdę ważna...
- Nie wiem, chciał przekazać że cię kocha i przeprasza. - Czuje szczęście.
- To dobrze- mówię zimno
- A czy może wejść?- Tego się nie spodziewałam. Myślę. W końcu mówi mi coś w głowie że tak.
-Dobrze - Mówię, choć wcale nie wydałam ustom takiego polecenia. Ale nie mogę odwołać.
- Pójdę po niego - Mentor wstaje i wychodzi, a ja się próbuje przygotować psychicznie... Drzwi się otwierają. Nie jestem przygotowana na widok chłopca z chlebem, ale jest za późno.
Wchodzi blondyn który patrzy mi się w oczy przepraszająco.
- To ja was zostawię- mówi Haymitch
Popłakałam się podczas pisania. Dziś nie będzie żartów z rozdwojeniem jaźni. Postaram się dziś wrzucić coś jeszcze, ale to wieczorem. Jeśli włączycie sobie to:https://www.youtube.com/watch?v=suJqCw3SAZw albo to :https://www.youtube.com/watch?v=uKrCE1aYz7o podczas czytania to się na 100 proc. popłaczecie.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Rozdział 3
Budzę się. Peeta siedzi obok mnie.
- Hej- mówi cicho- Jak się spało?- głaszcze mnie po policzku
-Mam ciągle te koszmary.- Obejmuje mnie.
-Nie martw się. Ja też.- Ktoś puka.
- Proszę- Krzyczę. Wchodzą Cinna i Portia. Za nimi stoją nasze ekipy przygotowawcze.
- Chodź, Peeta.- Mówi Portia, a on całuje mnie na pożegnanie. Wychodzi.
-Rozbierz się. - Mówi moja ekipa. Posłusznie to robię. Po parunastu minutach mam pomalowane paznokcie na czarno, a twarz przypudrowaną. Powieki mam szare, a usta malinowe. Cinna przynosi sukienkę kroju małej czarnej, sukienka jest jednak w białym kolorze, przypruszona jest popiołem. Podaje mi ją, a ja ją wkładam. Wyglądam jak bym się paliła przed chwilą. Rozumiem jej przekaz, "Iskra w porę nie ugaszona, podpali całe Panem", teraz jest ugaszona.
-Spisałeś się! Jest piękna- mówię do Cinny
-Dziękuje.- Zakładam ją.
- Za piętnaście minut będziemy w Jedenastce.- Mówi Cinna. Czuje ukłucie w brzuchu, nadal nie pogodziłam się z śmiercią małej, delikatnej, Rue. Siadam na swoim łóżku z łzami w oczach.
- Co się dzieje?- Pyta mój stylista i siada obok mnie.
- Nic. - Ale moja mina tego nie potwierdza. W końcu postanawiam powiedzieć mu- Rue- On kiwa głową z zrozumieniem, ociera mi oko i obejmuje.
- Spokojnie, Rue wiedziała że to nie twoja wina, jej rodzina też o tym wie.- Pociesza mnie, a ja się uśmiecham. - Chodźmy.- Ja wychodzę, a moja ekipa idzie za mną. Przed drzwiami stoi Peeta, który bierze mnie pod rękę. Ma na sobie białą marynarkę i spodnie.
Wychodzimy. Widzę rodzinę Rue. Ma piątkę rodzeństwa, lecz najbardziej moją uwagę przykuła dziewczynka o wieku mniej więcej dziewięcioletnia. Jest koścista, ma mocne rysy twarzy, mimo małego wieku. Wygląda groźnie, ale w jej spojrzeniu jest coś łagodnego. Ona mi dziękuje. Uśmiecha się mimo, świeżego bólu po utracie siostry. Ale jej koszulka... Ona ma na niej zdjęcie kosogłosa... Koszulka jest wielka, za duża o parę rozmiarów, znoszona, pewnie po paru pokoleniach rodzeństwa. Wiem że jej rodzina jest biedna. Peeta coś tam mówi, ale nie obchodzi mnie to. Patrze w oczy kościstej dziewczynce, i wypuszczam łzę. Drugą. Trzecią. Czwartą. Piątą. Peeta skończył. Czuje że muszę coś powiedzieć. Podchodzę do podestu. Szósta łza.
- Chcę podziękować Rue. Za to że była wspaniała.- Coraz bardziej się rozpłakuje.- Za to że dawała mi nadzieje. Jest bardzo podobna do mojej siostry, Prim. Ale jedno chcę zrobić. Pragnę przeprosić rodzinę Rue. Nie uratowałam jej. - Głos mi drży, płaczę. Ukrywam twarz w dłoniach. Szloch mną trzęsie. - Przepraszam, nie mogłam powstrzymać łez. Pokochałam Rue. - mówię - A co do Thresha. On mi darował życie. Grał według własnych zasad. Wielu mówiło że chcieli by zostać sobą. Jednak tylko mu się to udało. Jest wielki. Szanuje go. - Jego babka się wzrusza.
- Idziemy- mówi cicho do mnie Peeta.
- Dobrze - odszeptuje.
Tak, dziś krótko, ale lepiej tak niż wcale. Mówiłam że was kocham? Za dużo internetów. Ale, co miłość nie wybiera! Serce nie sługa! Czemu ja jestem taka miła?! Chcę być znowu chamem!
Uwielbiam was, papatki!
Cholera to musi być jakieś rozdwojenie jaźni które się uaktywnia po połączeniu z internetem.
Ale papatki.
- Hej- mówi cicho- Jak się spało?- głaszcze mnie po policzku
-Mam ciągle te koszmary.- Obejmuje mnie.
-Nie martw się. Ja też.- Ktoś puka.
- Proszę- Krzyczę. Wchodzą Cinna i Portia. Za nimi stoją nasze ekipy przygotowawcze.
- Chodź, Peeta.- Mówi Portia, a on całuje mnie na pożegnanie. Wychodzi.
-Rozbierz się. - Mówi moja ekipa. Posłusznie to robię. Po parunastu minutach mam pomalowane paznokcie na czarno, a twarz przypudrowaną. Powieki mam szare, a usta malinowe. Cinna przynosi sukienkę kroju małej czarnej, sukienka jest jednak w białym kolorze, przypruszona jest popiołem. Podaje mi ją, a ja ją wkładam. Wyglądam jak bym się paliła przed chwilą. Rozumiem jej przekaz, "Iskra w porę nie ugaszona, podpali całe Panem", teraz jest ugaszona.
-Spisałeś się! Jest piękna- mówię do Cinny
-Dziękuje.- Zakładam ją.
- Za piętnaście minut będziemy w Jedenastce.- Mówi Cinna. Czuje ukłucie w brzuchu, nadal nie pogodziłam się z śmiercią małej, delikatnej, Rue. Siadam na swoim łóżku z łzami w oczach.
- Co się dzieje?- Pyta mój stylista i siada obok mnie.
- Nic. - Ale moja mina tego nie potwierdza. W końcu postanawiam powiedzieć mu- Rue- On kiwa głową z zrozumieniem, ociera mi oko i obejmuje.
- Spokojnie, Rue wiedziała że to nie twoja wina, jej rodzina też o tym wie.- Pociesza mnie, a ja się uśmiecham. - Chodźmy.- Ja wychodzę, a moja ekipa idzie za mną. Przed drzwiami stoi Peeta, który bierze mnie pod rękę. Ma na sobie białą marynarkę i spodnie.
Wychodzimy. Widzę rodzinę Rue. Ma piątkę rodzeństwa, lecz najbardziej moją uwagę przykuła dziewczynka o wieku mniej więcej dziewięcioletnia. Jest koścista, ma mocne rysy twarzy, mimo małego wieku. Wygląda groźnie, ale w jej spojrzeniu jest coś łagodnego. Ona mi dziękuje. Uśmiecha się mimo, świeżego bólu po utracie siostry. Ale jej koszulka... Ona ma na niej zdjęcie kosogłosa... Koszulka jest wielka, za duża o parę rozmiarów, znoszona, pewnie po paru pokoleniach rodzeństwa. Wiem że jej rodzina jest biedna. Peeta coś tam mówi, ale nie obchodzi mnie to. Patrze w oczy kościstej dziewczynce, i wypuszczam łzę. Drugą. Trzecią. Czwartą. Piątą. Peeta skończył. Czuje że muszę coś powiedzieć. Podchodzę do podestu. Szósta łza.
- Chcę podziękować Rue. Za to że była wspaniała.- Coraz bardziej się rozpłakuje.- Za to że dawała mi nadzieje. Jest bardzo podobna do mojej siostry, Prim. Ale jedno chcę zrobić. Pragnę przeprosić rodzinę Rue. Nie uratowałam jej. - Głos mi drży, płaczę. Ukrywam twarz w dłoniach. Szloch mną trzęsie. - Przepraszam, nie mogłam powstrzymać łez. Pokochałam Rue. - mówię - A co do Thresha. On mi darował życie. Grał według własnych zasad. Wielu mówiło że chcieli by zostać sobą. Jednak tylko mu się to udało. Jest wielki. Szanuje go. - Jego babka się wzrusza.
- Idziemy- mówi cicho do mnie Peeta.
- Dobrze - odszeptuje.
Tak, dziś krótko, ale lepiej tak niż wcale. Mówiłam że was kocham? Za dużo internetów. Ale, co miłość nie wybiera! Serce nie sługa! Czemu ja jestem taka miła?! Chcę być znowu chamem!
Uwielbiam was, papatki!
Cholera to musi być jakieś rozdwojenie jaźni które się uaktywnia po połączeniu z internetem.
Ale papatki.
Wyjaśnienia!
Hey! Nie było posta, bo chciałam święta spędzić z rodziną. Postła bym o tym, ale nagle mi się net wyłączył. Szkoda... Chciałam wam również złożyć życzonka, ale zły dostawca neta mi popsuł plany, bo remontował usługi mobilnego internetu. Więc życzę wam fajnych świąt itp. Jestem słaba w składaniu życzeń, ponieważ uważam że ludzie to jedne, wielkie, chamskie, [CENZURA], żmije, i dlatego jestem nastawiona anty do ludzi. Chyba tylko w internecie jestem miła... Są już 34 wyświetlenia. O 10 więcej niż gdy pisałam poprzedniego posta! Jesteście cudni! Kurdę, chyba czas się wymiksować z neta, za miła się robię...
Pa pa!
Pa pa!
czwartek, 17 kwietnia 2014
Rozdział 2
-Wiesz, co, nie musisz mnie unikać.- Mówi nieśmiało Peeta
-To samo mogłabym powiedzieć o tobie- Ale wiem że się okłamuję... Jego także. Podchodzi do mnie i łapie mnie za ręce, próbuje mi spojrzeć w oczy ale mu się nie udaje bo spuszczam głowę.
-Katniss, obojętność nie jest ok.- Mówi,ale widzę że włożył w to wiele trudu. Przytula mnie. Nie mam serca go odepchnąć. Po chwili też go przytulam.
-Peeta, wiesz że będziemy musieli udawać miłość?- pytam go
-Cii...- Kładzie mi palec na ustach i całuje mnie. To chyba pierwszy pocałunek który nie był do kamery. Czuje że nie był jakimś zwykłym. To było urocze. Jeszcze chwile nie puszczamy swoich ust. Nawet nie wiem ile czasu spędziliśmy stojąc tak... Jest dobrze, nawet bardzo. Czemu? Bo zapomniałam o problemach i Snowie oraz jego groźbie zabicia Gale'a...
- Tak! O to mi chodziło!- Słyszymy jakiś uradowany głos. Haymitch uśmiecha się od ucha do ucha w progu. Puszczamy się i patrzymy na niego. Peeta uśmiecha się, a ja idę w jego ślady, ale marnie mi to wychodzi ponieważ najlepszy uśmiech jaki umiem to ten złośliwy.
W efekcie wychodzi mieszanka tego z normalnym. Haymitch chyba wie że na więcej mnie nie stać.
-Lepiej wypatrujcie stylistów. Mają być za chwile- Radzi. Wobec tego idziemy na środek osiedla. Po chwili podjeżdża biała limuzyna. Z niej wychodzą nasi styliści.
- Yey!- Wołają i biegną do nas. Gdy dobiegają przytulają nas tak mocno że prawie się przewracam. Peeta jednak nie wytrzymał z względu na jego nogę. Pomagam mu wstać.
-Chodźmy- mówię do Cinny a on przytakuje. Wchodzimy do mojej łazienki.
- Aleś ty brudna!- Mówi Octavia gdy już się rozebrałam. Już przywykłam do tego że znają moje gołe ciało. Dla nich nie jest to też jakaś nowość. Delikatnie przypruszają mi twarz pudrem. Oczy mam w stonowanej barwie czerwieni przechodzącą w żółć. Cinna przynosi mi fioletową, pilsowaną sukienkę bez rękawów. Część biustu jest jaśniejsza, a część poza nim jest delikatnie uniesiona Sięga trochę poza kolana.
-Jest zimno, taka krótka sukienka?-pytam
- Patrz, to ogrzewa całą sukienkę i pozostałe aspekty ciała.- pokazuje mi czarne, małe pudełeczko zamontowane w wewnętrznej stronie sukienki. Przebieram się w nią. Mam malowane paznokcie na morski kolor, a włosy mam zaplecione w kok na czubku głowy.
Wychodzę przed dom. Peeta już tam na mnie czeka. Jest ubrany w prostą, czarną marynarkę i ciemno-granatowe spodnie. Stajemy obok siebię. Czuje że Peeta nadal cierpi. Postanawiam go pocieszyć, nawet jeśli miałabym cierpieć niż on. Łapię go za rękę. Widzę poprawę jego samopoczucia. Ja również jestem spokojniejsza. Idziemy za Effie do pociągu. Idę do swojego pokoju.
Nie wiem co mogłabym tu robić, po prostu nie chce patrzeć na Peetę. Jest on niczemu nie winien. On nie, ale ja tak. Po części nie chce mu sprawić bólu. Będzie lepiej dla nas obojga. Leże w łóżku.
Nie patrze która godzina, nie liczę czasu. Puk,puk. Pewnie Effie.
- Otwarte!- Drze się zbyt głośno, ktoś wchodzi ale ja nie wiem kto to ponieważ nie wychodzę z pod kołdry.- Później zjem obiad, Effie- mówię choć nie wiem czy to ona.
- To nie Effie- słyszę głos Peety który siada na moim łóżku
-Co?- pytam bo tylko na tyle się potrafię zdobyć.
-Nic... Chciałem tylko na ciebie popatrzeć.
- Ok- Patrzy na mnie przez chwilę. Siadam i go przytulam.
-Kocham cię- mówi Peeta
-Wiem- mówię ale nie jestem w stanie zdobyć się na: "Ja ciebie też"
Chwilę się biję z myślami i jednak także mu to mówię, ale po to by czuł się lepiej.
-Wiesz co będzie najgorsze?-pytam go, ale zanim się połapie o co mi chodzi mówię- Będziemy mentorami. Do nas trafi kolejna para z dwunastki. Być może nasi przyjaciele...
-Wiem, gdy widzę moje rodzeństwo myślę czy to ich będę musiał uczyć przetrwania i... Zabijania.- Mówi.
-Zgłodniałam.- mówię- Choćmy do Effie.
-Dobrze- I wstaje, a ja idę w jego ślady. Zanim wyjdziemy z pokoju łapię go za rękę. Gdy wchodzimy do wagonu restauracyjnego Haymitch patrzy na nasze splecione dłonie i unosi w górę dwa kciuki.
-Tak, o to mi chodziło, skarbie!- Mówi. Próbuje usiąść dalej od Peety, ale mentor i "Wielki, wielki, wielki dzień" chyba to przewidzieli bo jak wsiadaliśmy było 6 krzeseł, Teraz są 4. Effie i Haymitch usiedli obok siebie, co skutkuje tym że muszę siedzieć koło Peety. Ale siadam. Jem tylko miskę mojej ulubionej potrawki i sok pomarańczowy. Wychodzę z wagonu, a Peeta zostawia swój udziec z kurczaka i idzie za mną. Mijam jednak swój pokój, na co Peeta unosi brwi pytająco.
- Choć, i się nie pytaj.- Mówię.
-Dobra.- mówi a ja zmierzam ku ostatniemu wagonowi. Zapalam światło. Ukazuje się pomieszczenie z łukami i paroma tarczami.
- Co to jest?- Pyta zaskoczony blondyn.
-Strzelnica- Mówię, szczerze chciałam tu pobyć sama i się zrelaksować, ale skoro Peeta poszedł za mną to nie odprawię go. Szybciutko opracowuje plan działania.- Więc, skoro mamy udawać miłość, to powinniśmy się lepiej poznać. Więc pokaże ci jak się strzela z łuku. Pokaże ci mój świat. - Chłopak z chlebem spogląda na mnie jakby chciał powiedzieć "Serio?". Ja na to kiwam głową.
-Ale...-Ale nie kończy bo kładę mu palec na ustach. - Ja nie umn...- Znowu nie kończy ponieważ zamykam mu usta pocałunkiem. To chyba go zamknie na dobre.- Dobra, postrzelamy.- Uśmiecham się
-To świetnie- Mówię
- A potem upieczemy ciasto?- Pyta się mnie, a ja kiwam głową.
- Musisz sobie wybrać taki łuk który cię nie ogranicza. Musisz mieć łatwo w naciąganiu cięciwy. Peeta sprawdza parę łuków i stwierdza że najlepszy będzie łuk z jasnego drewna wyrobiony przez mojego ojca. Jest trochę Kapitolińskich, metalowych. Ale on chyba woli drewno.
- Mój łuk wyrobił twój ojciec?- Pyta mnie, a ja jestem zaskoczona. Nikt nie wiedział że on wyrabia łuki poza mną, Prim i mamą.
- Tak. Ale skąd o tym wiesz?
-W Dwunastce nie ma miejsc do kupienia łuków. To podżeganie do buntu. Więc musieliście sami je zrobić. To jest logiczne.- Mówi.
-Widzisz te koło? Nałóż strzałę i wyceluj. Potem puść. - Mówię, a on robi to wszystko i trafia. Potem rzucam mu ruchome cele. Z tymi radzi sobie gorzej, ale parę ustrzela.
-Nieźle jak na pierwszy raz.- Mówię. Nie kłamie, poszło mu dobrze.
-A teraz choć, zrobimy ciasto. - Peeta odkłada łuk. Idziemy do kuchni i prosimy rudą awoksę o udostępnienie nam kuchni.
-Więc, jakie ciasto robimy? - pytam go
- Jakie owoce lubisz? Możemy zrobić owocowe- Pyta mnie.
- Jadłam tylko poziomki i pomarańcze.-
-Poziomkowo pomarańczowe. Fajnie. - Chłopak wyjmuje składniki.- Więc tak, ciasto będzie przekładańcem. Ubijesz poziomki i pomarańcze? - Pyta mnie i podaje miski z owocami.
- Dobrze.- Zaczynam ubijać owoce, a Peeta zajmuje się bitą śmietaną i lukrem. -Gotowe! - Wołam.
- Fajnie. Ja za chwilę skończę- Więc mam zamiar zrobić mu niespodziankę, biorę mąkę i ciskam mu ją w plecy, śmiejąc się do rozpuku. On odwdzięcza mi się tym samym, po chwili rozpętuje się niezła wojenka na mąkę. Śmiejemy się głośno. Muszę się przyznać że to jedna z najlepszych sytuacji które wiążą się z Peetą. Nie ma przymusu kamer, ale nie jest to też miłość, bitwę na mąkę można zrobić też z przyjaciółmi.
-Poddaję się! Poddaję! - Woła - Wracajmy do ciasta. Wykłada pierwszą warstwę śmietany do kwadratowej formy, potem wykłada pomarańcze, kolejną warstwę śmietany poziomki i znowu śmietanę.
Potem polewa górę białym lukrem. Przekraja kwadrat na 4 identyczne, mniejsze kwadraty. Maluje na pierwszym mężczyznę w wieku około 40 lat z butelką z napisem "BIMBER". To pewnie oznacza Haymitcha. Na kolejnym jest nastolatka w ciemnych włosach splecionych w warkocz trzymająca łuk. To zapewne ja. Na trzecim jest kobieta w nienaturalnie fioletowej peruce - Effie. Na koniec maluje blondyna w fartuchu z chlebem w jednej dłoni, a wałkiem w drugiej. On.
- Wow - mówię- Masz wielki talent.
- Ty też
- Niby bo czego?
- Polujesz, potrafisz doskonale celować. A mogłabyś przynieść cztery strzały?
- Dobrze.- Idę po strzały. Gdy wracam Peeta wkłada po jednej strzale w prawy, górny róg, który najwyraźniej specjalnie zostawił wolny.
- Dobra, czas to pokazać Effie i Haymitchowi. - Mówi. Wychodzimy trzymając tacę.
- Zrobiliśmy ciasto!- oznajmia uradowany Peeta- To dla Pana-daje Haymitchowi jego ciasteczkowy portret- To do Effie- Jej również podaje ciasto - Do dla ciebie- mówi i obejmuje mnie. Bierze też dla siebie.
-Ładne, a co wy tacy biali?- Pyta się Haymitch.
- Rzucaliśmy się mąką.- Wyjaśniam, a mentor śmieje się.
- No,to nieźle.- mówi- Czyj pomysł z strzałą?
-Peety- Odpowiadam. -Idę do pokoju.- Wchodzę tam i zasypiam momentalnie.
Śni mi się śmierć Rue, ale ona po jakimś czasie przeobraża się w Prim. I pod postacią Prim umiera. To przeplata się z scenami śmierci ojca. Budzę się z krzykiem. Po chwili Peeta otwiera drzwi.
-Co się dzieje?- Pyta się z zatroskaną miną.
-Nic, kolejny koszmar... Dzień jak co dzień.- Wchodzi do mojego łóżka i przytula mnie. Przychodzi mi myśl że ten dzień był jednym z najbardziej relaksujących w moim życiu. Życie w Dwunastce nie ma zbyt dużo relaksu i szczęścia. Takie fajne dni mogę policzyć na palcach jednej ręki. Czuje szczęście przy Peecie. Jestem tak szczęśliwa i spokojna że momentalnie zasypiam.
Troszkę się pozpisałam. Pisałam rozdział cały dzień (licząc parunastu minutowe przerwy, których było dużo). Ale miałam natchnienia... Aż się sama sobie dziwię! Ale to chyba dobrze że mam natchnienie. Więc moja wiadomość na końcu od dziś będzie niebieska i troszkę większa. No dobra, co dziękuje że jesteście i czytacie te moje wypociny... Szczególnie że w momencie pisania tego posta jest was 24. Tak wiem, nie mam się co podniecać... Proszę, jeśli masz konto, napisz czy było fajne, bo chcę wiedzieć. Będę się starać posty publikować jak najczęściej.
-To samo mogłabym powiedzieć o tobie- Ale wiem że się okłamuję... Jego także. Podchodzi do mnie i łapie mnie za ręce, próbuje mi spojrzeć w oczy ale mu się nie udaje bo spuszczam głowę.
-Katniss, obojętność nie jest ok.- Mówi,ale widzę że włożył w to wiele trudu. Przytula mnie. Nie mam serca go odepchnąć. Po chwili też go przytulam.
-Peeta, wiesz że będziemy musieli udawać miłość?- pytam go
-Cii...- Kładzie mi palec na ustach i całuje mnie. To chyba pierwszy pocałunek który nie był do kamery. Czuje że nie był jakimś zwykłym. To było urocze. Jeszcze chwile nie puszczamy swoich ust. Nawet nie wiem ile czasu spędziliśmy stojąc tak... Jest dobrze, nawet bardzo. Czemu? Bo zapomniałam o problemach i Snowie oraz jego groźbie zabicia Gale'a...
- Tak! O to mi chodziło!- Słyszymy jakiś uradowany głos. Haymitch uśmiecha się od ucha do ucha w progu. Puszczamy się i patrzymy na niego. Peeta uśmiecha się, a ja idę w jego ślady, ale marnie mi to wychodzi ponieważ najlepszy uśmiech jaki umiem to ten złośliwy.
W efekcie wychodzi mieszanka tego z normalnym. Haymitch chyba wie że na więcej mnie nie stać.
-Lepiej wypatrujcie stylistów. Mają być za chwile- Radzi. Wobec tego idziemy na środek osiedla. Po chwili podjeżdża biała limuzyna. Z niej wychodzą nasi styliści.
- Yey!- Wołają i biegną do nas. Gdy dobiegają przytulają nas tak mocno że prawie się przewracam. Peeta jednak nie wytrzymał z względu na jego nogę. Pomagam mu wstać.
-Chodźmy- mówię do Cinny a on przytakuje. Wchodzimy do mojej łazienki.
- Aleś ty brudna!- Mówi Octavia gdy już się rozebrałam. Już przywykłam do tego że znają moje gołe ciało. Dla nich nie jest to też jakaś nowość. Delikatnie przypruszają mi twarz pudrem. Oczy mam w stonowanej barwie czerwieni przechodzącą w żółć. Cinna przynosi mi fioletową, pilsowaną sukienkę bez rękawów. Część biustu jest jaśniejsza, a część poza nim jest delikatnie uniesiona Sięga trochę poza kolana.
-Jest zimno, taka krótka sukienka?-pytam
- Patrz, to ogrzewa całą sukienkę i pozostałe aspekty ciała.- pokazuje mi czarne, małe pudełeczko zamontowane w wewnętrznej stronie sukienki. Przebieram się w nią. Mam malowane paznokcie na morski kolor, a włosy mam zaplecione w kok na czubku głowy.
Wychodzę przed dom. Peeta już tam na mnie czeka. Jest ubrany w prostą, czarną marynarkę i ciemno-granatowe spodnie. Stajemy obok siebię. Czuje że Peeta nadal cierpi. Postanawiam go pocieszyć, nawet jeśli miałabym cierpieć niż on. Łapię go za rękę. Widzę poprawę jego samopoczucia. Ja również jestem spokojniejsza. Idziemy za Effie do pociągu. Idę do swojego pokoju.
Nie wiem co mogłabym tu robić, po prostu nie chce patrzeć na Peetę. Jest on niczemu nie winien. On nie, ale ja tak. Po części nie chce mu sprawić bólu. Będzie lepiej dla nas obojga. Leże w łóżku.
Nie patrze która godzina, nie liczę czasu. Puk,puk. Pewnie Effie.
- Otwarte!- Drze się zbyt głośno, ktoś wchodzi ale ja nie wiem kto to ponieważ nie wychodzę z pod kołdry.- Później zjem obiad, Effie- mówię choć nie wiem czy to ona.
- To nie Effie- słyszę głos Peety który siada na moim łóżku
-Co?- pytam bo tylko na tyle się potrafię zdobyć.
-Nic... Chciałem tylko na ciebie popatrzeć.
- Ok- Patrzy na mnie przez chwilę. Siadam i go przytulam.
-Kocham cię- mówi Peeta
-Wiem- mówię ale nie jestem w stanie zdobyć się na: "Ja ciebie też"
Chwilę się biję z myślami i jednak także mu to mówię, ale po to by czuł się lepiej.
-Wiesz co będzie najgorsze?-pytam go, ale zanim się połapie o co mi chodzi mówię- Będziemy mentorami. Do nas trafi kolejna para z dwunastki. Być może nasi przyjaciele...
-Wiem, gdy widzę moje rodzeństwo myślę czy to ich będę musiał uczyć przetrwania i... Zabijania.- Mówi.
-Zgłodniałam.- mówię- Choćmy do Effie.
-Dobrze- I wstaje, a ja idę w jego ślady. Zanim wyjdziemy z pokoju łapię go za rękę. Gdy wchodzimy do wagonu restauracyjnego Haymitch patrzy na nasze splecione dłonie i unosi w górę dwa kciuki.
-Tak, o to mi chodziło, skarbie!- Mówi. Próbuje usiąść dalej od Peety, ale mentor i "Wielki, wielki, wielki dzień" chyba to przewidzieli bo jak wsiadaliśmy było 6 krzeseł, Teraz są 4. Effie i Haymitch usiedli obok siebie, co skutkuje tym że muszę siedzieć koło Peety. Ale siadam. Jem tylko miskę mojej ulubionej potrawki i sok pomarańczowy. Wychodzę z wagonu, a Peeta zostawia swój udziec z kurczaka i idzie za mną. Mijam jednak swój pokój, na co Peeta unosi brwi pytająco.
- Choć, i się nie pytaj.- Mówię.
-Dobra.- mówi a ja zmierzam ku ostatniemu wagonowi. Zapalam światło. Ukazuje się pomieszczenie z łukami i paroma tarczami.
- Co to jest?- Pyta zaskoczony blondyn.
-Strzelnica- Mówię, szczerze chciałam tu pobyć sama i się zrelaksować, ale skoro Peeta poszedł za mną to nie odprawię go. Szybciutko opracowuje plan działania.- Więc, skoro mamy udawać miłość, to powinniśmy się lepiej poznać. Więc pokaże ci jak się strzela z łuku. Pokaże ci mój świat. - Chłopak z chlebem spogląda na mnie jakby chciał powiedzieć "Serio?". Ja na to kiwam głową.
-Ale...-Ale nie kończy bo kładę mu palec na ustach. - Ja nie umn...- Znowu nie kończy ponieważ zamykam mu usta pocałunkiem. To chyba go zamknie na dobre.- Dobra, postrzelamy.- Uśmiecham się
-To świetnie- Mówię
- A potem upieczemy ciasto?- Pyta się mnie, a ja kiwam głową.
- Musisz sobie wybrać taki łuk który cię nie ogranicza. Musisz mieć łatwo w naciąganiu cięciwy. Peeta sprawdza parę łuków i stwierdza że najlepszy będzie łuk z jasnego drewna wyrobiony przez mojego ojca. Jest trochę Kapitolińskich, metalowych. Ale on chyba woli drewno.
- Mój łuk wyrobił twój ojciec?- Pyta mnie, a ja jestem zaskoczona. Nikt nie wiedział że on wyrabia łuki poza mną, Prim i mamą.
- Tak. Ale skąd o tym wiesz?
-W Dwunastce nie ma miejsc do kupienia łuków. To podżeganie do buntu. Więc musieliście sami je zrobić. To jest logiczne.- Mówi.
-Widzisz te koło? Nałóż strzałę i wyceluj. Potem puść. - Mówię, a on robi to wszystko i trafia. Potem rzucam mu ruchome cele. Z tymi radzi sobie gorzej, ale parę ustrzela.
-Nieźle jak na pierwszy raz.- Mówię. Nie kłamie, poszło mu dobrze.
-A teraz choć, zrobimy ciasto. - Peeta odkłada łuk. Idziemy do kuchni i prosimy rudą awoksę o udostępnienie nam kuchni.
-Więc, jakie ciasto robimy? - pytam go
- Jakie owoce lubisz? Możemy zrobić owocowe- Pyta mnie.
- Jadłam tylko poziomki i pomarańcze.-
-Poziomkowo pomarańczowe. Fajnie. - Chłopak wyjmuje składniki.- Więc tak, ciasto będzie przekładańcem. Ubijesz poziomki i pomarańcze? - Pyta mnie i podaje miski z owocami.
- Dobrze.- Zaczynam ubijać owoce, a Peeta zajmuje się bitą śmietaną i lukrem. -Gotowe! - Wołam.
- Fajnie. Ja za chwilę skończę- Więc mam zamiar zrobić mu niespodziankę, biorę mąkę i ciskam mu ją w plecy, śmiejąc się do rozpuku. On odwdzięcza mi się tym samym, po chwili rozpętuje się niezła wojenka na mąkę. Śmiejemy się głośno. Muszę się przyznać że to jedna z najlepszych sytuacji które wiążą się z Peetą. Nie ma przymusu kamer, ale nie jest to też miłość, bitwę na mąkę można zrobić też z przyjaciółmi.
-Poddaję się! Poddaję! - Woła - Wracajmy do ciasta. Wykłada pierwszą warstwę śmietany do kwadratowej formy, potem wykłada pomarańcze, kolejną warstwę śmietany poziomki i znowu śmietanę.
Potem polewa górę białym lukrem. Przekraja kwadrat na 4 identyczne, mniejsze kwadraty. Maluje na pierwszym mężczyznę w wieku około 40 lat z butelką z napisem "BIMBER". To pewnie oznacza Haymitcha. Na kolejnym jest nastolatka w ciemnych włosach splecionych w warkocz trzymająca łuk. To zapewne ja. Na trzecim jest kobieta w nienaturalnie fioletowej peruce - Effie. Na koniec maluje blondyna w fartuchu z chlebem w jednej dłoni, a wałkiem w drugiej. On.
- Wow - mówię- Masz wielki talent.
- Ty też
- Niby bo czego?
- Polujesz, potrafisz doskonale celować. A mogłabyś przynieść cztery strzały?
- Dobrze.- Idę po strzały. Gdy wracam Peeta wkłada po jednej strzale w prawy, górny róg, który najwyraźniej specjalnie zostawił wolny.
- Dobra, czas to pokazać Effie i Haymitchowi. - Mówi. Wychodzimy trzymając tacę.
- Zrobiliśmy ciasto!- oznajmia uradowany Peeta- To dla Pana-daje Haymitchowi jego ciasteczkowy portret- To do Effie- Jej również podaje ciasto - Do dla ciebie- mówi i obejmuje mnie. Bierze też dla siebie.
-Ładne, a co wy tacy biali?- Pyta się Haymitch.
- Rzucaliśmy się mąką.- Wyjaśniam, a mentor śmieje się.
- No,to nieźle.- mówi- Czyj pomysł z strzałą?
-Peety- Odpowiadam. -Idę do pokoju.- Wchodzę tam i zasypiam momentalnie.
Śni mi się śmierć Rue, ale ona po jakimś czasie przeobraża się w Prim. I pod postacią Prim umiera. To przeplata się z scenami śmierci ojca. Budzę się z krzykiem. Po chwili Peeta otwiera drzwi.
-Co się dzieje?- Pyta się z zatroskaną miną.
-Nic, kolejny koszmar... Dzień jak co dzień.- Wchodzi do mojego łóżka i przytula mnie. Przychodzi mi myśl że ten dzień był jednym z najbardziej relaksujących w moim życiu. Życie w Dwunastce nie ma zbyt dużo relaksu i szczęścia. Takie fajne dni mogę policzyć na palcach jednej ręki. Czuje szczęście przy Peecie. Jestem tak szczęśliwa i spokojna że momentalnie zasypiam.
Troszkę się pozpisałam. Pisałam rozdział cały dzień (licząc parunastu minutowe przerwy, których było dużo). Ale miałam natchnienia... Aż się sama sobie dziwię! Ale to chyba dobrze że mam natchnienie. Więc moja wiadomość na końcu od dziś będzie niebieska i troszkę większa. No dobra, co dziękuje że jesteście i czytacie te moje wypociny... Szczególnie że w momencie pisania tego posta jest was 24. Tak wiem, nie mam się co podniecać... Proszę, jeśli masz konto, napisz czy było fajne, bo chcę wiedzieć. Będę się starać posty publikować jak najczęściej.
środa, 16 kwietnia 2014
1 rozdział.
Czuje się skołowana. Krew... Co on robi że tak pachnie? A tam pachnie! Skąd on ją bierze? Jest prezydentem, ma masę pieniędzy. Ale... No ludzie trochę przyzwoitości! Jak można ją pić? Okropne.
Próbuje sobie nie zaprzątać tym głowy. Idę do Prim. Jest słodka.
Ma na sobie czerwoną, plisowaną sukienkę, żółtą opaskę i cytrynowe buty. W pasie jest przewiązana bananową wstążką z kokardką. Wygląda jak truskaweczka. Jej włosy są związany w ten sam warkocz co miałam na arenie. Na głowie ma prymulkę, kwiatek od którego pochodzi jej imię. Właśnie udziela wywiadu Caesarowi Flickermanowi na mój temat. Stoję za kamerą. Caesar mnie zauważa i mówi abym przyszła. Jestem trochę pomalowana. Mi nie robi to różnicy, ale dla Kapitolu jest to ważne.
- Witaj, Katniss! Jak się czujesz?- Caesar po tych słowach wyjaśnia dlaczego zjawiłam się na antenie.
- Jest dobrze.- Kłamię, bo nadal jestem zaskoczona i przestraszona wizytą prezydenta. Patrze na Prim i widzę że nie zauważyła mojego kłamstwa, ona jak nikt potrafi poznać że łżę. Nigdy nawet nie musiała mówić że to wie. Ja widzę to po jej twarzy. To taka nasza nić która działa też w drugą stronę.
- Prim, co sądzisz o Peecie?- zwraca się do mojej siostry. A ja czuję że utchnełam w potrzasku. Nie mogę wyjść, ponieważ będzie to transmitowane na całe Panem.
- Peeta jest miły i uprzejmy. Często nas odwiedza z względu na Katniss- To kolejne kłamstwo. Prawie nie widuje Peety. Po prostu nie potrafię, bo wiem że na Igrzyskach jego miłość nie była rolą. Za bardzo bym go zraniła...
-Dziękuje ci, Prim, za udzielenie odpowiedzi. A was - mówi Casear do kamery- zapraszam na Tournee Zwycięzców!- Po chwili żegna się także z mną, a ja zastanawiam się po co nas zaprosił na Tournee, każdy mieszkaniec Panem ma obowiązek je obejrzeć. Hah. Żelazna logika Kapitolu... Wychodzę z domu i widzę dom Peety. Czuje bolesne ukłucie w brzuchu, ponieważ Peeta właśnie wyglądał okno. Czuje się okropnie, bo on posmutniał na twarzy i wrócił do sztalugi.
Przez chwile na niego patrzę ale idę do Haymitcha. Wchodzę bez trudu. Jeden krok mówi mi że chcę to zrobić szybko bo w tym domu jest smród którego by się wstydził nawet menel Janek z pod monopolowego. Toruje drogę przez masę śmiecia różnego rodzaju.
Gdy jestem już przy krześle na którym śpi mój mentor. Wyrywam mu nóż z dłoni. Obchodzę go i staje za nim. Łapie nogi krzesła prawie przy podłodzę i energicznym ruchem podnoszę się nie puszczając krzesła. Haymitch spada i się błyskawicznie budzi.
- Kur*a, kto tu jest!?- wrzeszczy na całe gardło i zauważa mnie śmiejącą się z niego
-To tylko ty skarbie. Czy ciebie naprawdę popierdoliło?- gdy wypowiada ostatnie zdanie wydziera się w niebogłosy. -I nie śmiej się!- na to jeszcze bardziej się śmieje
- No sorka, ale jesteś taki śmieszny!-odpowiadam
-Nie jestem!
-Nie jestem!- przedrzeźniam go skrzekliwym głosem.
To jedno mi dobrze wychodzi, denerwowanie Haymitcha i innych ludzi. -Masz się umyć! Poczekaj chwilę.- i szybko wskakuje do domu po odświeżacz w spreju. Wchodzę do domu mentora.
- Co ty chcesz zrobić!?- pyta przerażony- Chyba nie to co myślę!?
-Tak... Właśnie to...- Mrużę oczy w złośliwy sposób.
-Czy ty chcesz... Odświeżyć mi zapach w domu tym czymś?- z nie udawanym strachem patrzy na puszkę w mojej dłoni.
-Owszem!- I zaczynam psikać po wnętrzu.
-Błagam cię przestań!- mówi
- Jak ty możesz nie czuć tego smrodu?
- Właśnie czuję! Ten smród pachnie... TO PACHNIE KWIATAMI!
-Nie panikuj! Masz się wykąpać!- powtarzam
-Nigdy!
-Zaczekaj!- I wybiegam z domu. Wiem że muszę zawołać Peetę. To on jakoś go zawszę przekonywał do wody. Ale jak ja mam mu spojrzeć w oczy? Weś się w garść, Katniss! Nie możesz panikować jak mała dziewczynka! W końcu trzeba się będzie spotkać. Idę choć mój mózg nie bardzo tego chce. Pukam do jego drzwi. Otwiera mi.
-Cześć... O co chodzi?- Unika mojego spojrzenia, podobnie jak ja. Jest trochę posmutniały i mówi oficjalnym tonem.
-Haymitch się nie chcę wykąpać. W pociągu go jakoś przekonałeś.- Mówię. Przez chwilę spotykają się nasze spojrzenia...
-Chodźmy. - Mówi Peeta, ale wiem że chce przerwać to że patrzymy sobie w oczy.
-Tak- mówię ostrożnie- Masz rację.
Gdy jesteśmy znowu w domu mentora Peeta delikatnie puka do drzwi.
- Nie cackaj się.- Mówię zimno. Walę w drzwi, a one się otwierają.
- Wow.-Mówi jasnowłosy.
- Więc po niego poszłaś? Ekstra... I co zaciągnie mnie teraz do wanny? Okej. Tylko że wanna jest cała w śmieciach.- Mówi niezadowolony pijak.
-Nie szkodzi, pójdziesz do mnie.- mówi Peeta
-Dobra... - mówi
-Ale macie się "rozkochać" przez czas mojej kąpieli
Próbuje sobie nie zaprzątać tym głowy. Idę do Prim. Jest słodka.
Ma na sobie czerwoną, plisowaną sukienkę, żółtą opaskę i cytrynowe buty. W pasie jest przewiązana bananową wstążką z kokardką. Wygląda jak truskaweczka. Jej włosy są związany w ten sam warkocz co miałam na arenie. Na głowie ma prymulkę, kwiatek od którego pochodzi jej imię. Właśnie udziela wywiadu Caesarowi Flickermanowi na mój temat. Stoję za kamerą. Caesar mnie zauważa i mówi abym przyszła. Jestem trochę pomalowana. Mi nie robi to różnicy, ale dla Kapitolu jest to ważne.
- Witaj, Katniss! Jak się czujesz?- Caesar po tych słowach wyjaśnia dlaczego zjawiłam się na antenie.
- Jest dobrze.- Kłamię, bo nadal jestem zaskoczona i przestraszona wizytą prezydenta. Patrze na Prim i widzę że nie zauważyła mojego kłamstwa, ona jak nikt potrafi poznać że łżę. Nigdy nawet nie musiała mówić że to wie. Ja widzę to po jej twarzy. To taka nasza nić która działa też w drugą stronę.
- Prim, co sądzisz o Peecie?- zwraca się do mojej siostry. A ja czuję że utchnełam w potrzasku. Nie mogę wyjść, ponieważ będzie to transmitowane na całe Panem.
- Peeta jest miły i uprzejmy. Często nas odwiedza z względu na Katniss- To kolejne kłamstwo. Prawie nie widuje Peety. Po prostu nie potrafię, bo wiem że na Igrzyskach jego miłość nie była rolą. Za bardzo bym go zraniła...
-Dziękuje ci, Prim, za udzielenie odpowiedzi. A was - mówi Casear do kamery- zapraszam na Tournee Zwycięzców!- Po chwili żegna się także z mną, a ja zastanawiam się po co nas zaprosił na Tournee, każdy mieszkaniec Panem ma obowiązek je obejrzeć. Hah. Żelazna logika Kapitolu... Wychodzę z domu i widzę dom Peety. Czuje bolesne ukłucie w brzuchu, ponieważ Peeta właśnie wyglądał okno. Czuje się okropnie, bo on posmutniał na twarzy i wrócił do sztalugi.
Przez chwile na niego patrzę ale idę do Haymitcha. Wchodzę bez trudu. Jeden krok mówi mi że chcę to zrobić szybko bo w tym domu jest smród którego by się wstydził nawet menel Janek z pod monopolowego. Toruje drogę przez masę śmiecia różnego rodzaju.
Gdy jestem już przy krześle na którym śpi mój mentor. Wyrywam mu nóż z dłoni. Obchodzę go i staje za nim. Łapie nogi krzesła prawie przy podłodzę i energicznym ruchem podnoszę się nie puszczając krzesła. Haymitch spada i się błyskawicznie budzi.
- Kur*a, kto tu jest!?- wrzeszczy na całe gardło i zauważa mnie śmiejącą się z niego
-To tylko ty skarbie. Czy ciebie naprawdę popierdoliło?- gdy wypowiada ostatnie zdanie wydziera się w niebogłosy. -I nie śmiej się!- na to jeszcze bardziej się śmieje
- No sorka, ale jesteś taki śmieszny!-odpowiadam
-Nie jestem!
-Nie jestem!- przedrzeźniam go skrzekliwym głosem.
To jedno mi dobrze wychodzi, denerwowanie Haymitcha i innych ludzi. -Masz się umyć! Poczekaj chwilę.- i szybko wskakuje do domu po odświeżacz w spreju. Wchodzę do domu mentora.
- Co ty chcesz zrobić!?- pyta przerażony- Chyba nie to co myślę!?
-Tak... Właśnie to...- Mrużę oczy w złośliwy sposób.
-Czy ty chcesz... Odświeżyć mi zapach w domu tym czymś?- z nie udawanym strachem patrzy na puszkę w mojej dłoni.
-Owszem!- I zaczynam psikać po wnętrzu.
-Błagam cię przestań!- mówi
- Jak ty możesz nie czuć tego smrodu?
- Właśnie czuję! Ten smród pachnie... TO PACHNIE KWIATAMI!
-Nie panikuj! Masz się wykąpać!- powtarzam
-Nigdy!
-Zaczekaj!- I wybiegam z domu. Wiem że muszę zawołać Peetę. To on jakoś go zawszę przekonywał do wody. Ale jak ja mam mu spojrzeć w oczy? Weś się w garść, Katniss! Nie możesz panikować jak mała dziewczynka! W końcu trzeba się będzie spotkać. Idę choć mój mózg nie bardzo tego chce. Pukam do jego drzwi. Otwiera mi.
-Cześć... O co chodzi?- Unika mojego spojrzenia, podobnie jak ja. Jest trochę posmutniały i mówi oficjalnym tonem.
-Haymitch się nie chcę wykąpać. W pociągu go jakoś przekonałeś.- Mówię. Przez chwilę spotykają się nasze spojrzenia...
-Chodźmy. - Mówi Peeta, ale wiem że chce przerwać to że patrzymy sobie w oczy.
-Tak- mówię ostrożnie- Masz rację.
Gdy jesteśmy znowu w domu mentora Peeta delikatnie puka do drzwi.
- Nie cackaj się.- Mówię zimno. Walę w drzwi, a one się otwierają.
- Wow.-Mówi jasnowłosy.
- Więc po niego poszłaś? Ekstra... I co zaciągnie mnie teraz do wanny? Okej. Tylko że wanna jest cała w śmieciach.- Mówi niezadowolony pijak.
-Nie szkodzi, pójdziesz do mnie.- mówi Peeta
-Dobra... - mówi
-Ale macie się "rozkochać" przez czas mojej kąpieli
Czas to rozkręcić!
Jestem Julka, ale mówią na mnie Hell. Nie wiem czemu. Ale ja myśle że to fajowo.
Blog będzie się zaczynał od 3 rozdziału W Pierścieniu Ognia. Napisze własny trzeci.
Bez zbędnego pitolenia zacznijmy!
Blog będzie się zaczynał od 3 rozdziału W Pierścieniu Ognia. Napisze własny trzeci.
Bez zbędnego pitolenia zacznijmy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)