poniedziałek, 2 czerwca 2014

Rozdział 20: O tym co można zrobić za 10 litrów bimbru.

   - Zostaw go! - Wzbiera we mnie smutek, ale chcę go przekuć w złość. 
- A to zależy wyłącznie od ciebie, Kotna. 
- Co mam zrobić? - Jestem gotowa zrobić wszystko. 
- Masz być posłuszna, zamieszkać ze mną. Inaczej... - Przejeżdża palcem po szyi. - To jak? 
- Dobrze. - Posyłam Peecie smutne spojrzenie, próbuję się pożegnać, otwieram usta by to zrobić... I wtedy dostaje plaskacza. Boli, ale zaciskam zęby i się zamykam. 
- Idziesz! - Gale łapie mnie za rękę i popycha. 
- A w co się ubiorę? - Pytanie, niby niewinne, miało pokazać, że w czymś się pomylił, że jestem lepsza, bo ja to zauważyłam, a on nie.
- To idź weź jakieś ciuchy, tylko migiem! - Dodaje ostro. 
- To mnie rozwiąż. - Przypominam, a Gale robi to.
 Zauważam, że, by dotrzeć do szafy, bedę musiała minąć Peetę. Idę, a moja ręka delikatnie dotyka dłoń Peety. Patrzę się na niego smutno, on odwzajemnia spojrzenie. Bardzo chciałabym powiedzieć mu choć dwa zdania, brzmiałyby "Muszę." i "Znajdę cię, obiecuje." Próbuję mu to przekazać z pomocą wzroku ale ktoś mi przerywa. 
- Miałaś się pośpieszyć. - Nie ruszam się, więc czuję jak ktoś mnie popycha, jak grucham na podłogę, ból nadgarstka. Dopiero wtedy idę w kierunku szafy. Zabieram naręcze ciuchów, mimo iż nie chcę tego robić. 
 Uświadamiam sobie, że nadal jestem w piżamie. Idę się przebrać do łazienki. Wybieram czarny t-shirt, luźny, troszkę workowaty, nie mam zamiaru się stroić. Wybieram odruchowo również czarne i również workowate dresy, zauważam jednak jedną rzecz - wybieram czarny - kolor żałoby. E tam, nic takiego, po prostu lubisz czarny, Katniss, tłumaczę sobie to w myślach. 
  Nagle słyszę głos:
- I co? Mówiłem ci, Mellark, ja spełnię to co powiedziałem w lesie. 
- Główka cię przypadkiem nie boli? - Niewinne pytanie, ale wypowiedzone tak mściwym i nienawistnym tonem, jakim nigdy nie słyszałam z ust Peety. 
- Uważaj sobie. 
Postanawiam uchylić drzwi i zobaczyć co robią. Okazuje się, że stoją naprzeciw siebie i mierzą się wzrokiem. Bardzo szybko zakładam spodnie, aby niczego nie przegapić. 
- Mam się bać CIEBIE? - Peeta wypowiada ostatnie słowo z niedowierzaniem i rozbawieniem. 
 Jest źle, ja zawsze pakuję się w kłopoty, nie on, on jest od prostowania moich wypocin i bycia miłym. 
- No żebyś się nie zdziwił. - Gale idzie w kierunku łazienki, więc szybko się cofam, zamykam drzwi i udaje, że poprawiam bluzkę, bo mi źle leży. Słyszę walenie w drzwi. - Rusz się!
- Już. - Odkrzykuje, choć wcale nie mam na to ochoty, ale muszę się z tym pogodzić. Cofnij, nie muszę się z tym pogodzić, wystarczy, że stawie temu czoło, ale jeszcze nie teraz, co zrobię, z pewnością odbiję się na Peecie. 
- To wyłaź! - Polecenie jest tak stanowcze, że natychmiast je wykonuje. - W końcu, ile można się ubierać... - Maruda, myślę. - Ale, w końcu, jednak jesteś kobietą. - No brawo, myślę. - Dobra, bierz tamte ciuchy i idź. - Wykonuje polecenie. - Wyłaź. - Popycha mnie, nie mam szansy nawet spojrzeć na Peetę. Znów grucham na podłogę. Łapię się klamki i wstaje. Muszę wyjść, nie ma innej opcji, bo znów jestem popchnięta, tym razem lżej. 
  

  Jesteśmy już w tym samym betonowym domu, nie chcę tam być. 
- Siadaj. - Warczy Gale i wskazuje fotel. Robię to, co mi w końcu pozostało? Siada obok mnie, na drugim fotelu. Łapie mi kosmyki włosów i bawi się. Muszę to wytrzymać. - Dobra, idź coś ugotować.
- Nie umiem, nigdy nie gotowałam. - Zaprzeczam, dostaję mocny cios w oko. 
- Nikt cię o zdanie nie pytał, idź na polowanie, potem na Ćwiek i przehandluj jakieś mięso. To takie trudne? Masz dwie godziny.
- Dobra. - Wychodzę.
  Mam zamiar iść do rzeźniczki, bo nie chcę iść na polowanie. Kupuję jeszcze warzywa i mam wszystkie składniki, ale zamiast wrócić, staram się wymyślić kto mógłby mi pomódz. Wyliczam w myślach osoby które są ze mną wystarczająco blisko by mi pomódz. Mama, nie, za stara. Prim, nie, za młoda, w dodatku nie chcę jej w to wciągać. Już wiem! Haymitch! O ile jest trzeźwy. Ale Effie dba o niego, by nie pił, więc pewnie nie jest uchlany. 
 Kieruję się w stronę wioski. Otwieram drzwi które zawsze są uchylone. 
 U Haymitcha, po raz pierwszy od kąt pamiętam, ładnie pachnie, nie ma góry śmieci, w końcu widać kolor ścian, które wcześniej, pokryte brudem i plamami, nie ukazywały swojej barwy.
 Haymitch siedzi na krześle i ogląda telewizję. 
- Co? - Wita mnie. 
- Effie jest? - Nie wiem czemu, ale chciałabym to zachować między mną i Haymitchem.
- Nie.
- To dobrze, pomóż mi. - Mam błagalny ton.
- W czym? - Prawie słyszę jak dopowiada: "Co nabroiłaś, skarbie?", nie robi tego jednak, żadnych szyderczych uwag, jest tylko ciekawy. 
- Bo jak powiedziałam Gale'owi... - I pokrótce opowiadam całą historie. Gdzieś w momencie bójki pod drzewem ciepłe łzy znajdują ujście po polikach. Haymitch mnie pociesza, a ja kontynuuje snucie opowieści. Kończę zdaniem : - Musisz go znaleźć, a jak będziesz wiedział, powiedz gdzie jest.
Haymitch się waha, więc natychmiast dodaję:
- Kupię ci 10 litrów bimbru. - Wiem, że wszyscy na Ćwieku wiedzą od Effie, że Haymitch ma zakaz kupowania bimbru i nie wolno mu sprzedawać procentów, ale mnie wolno. 
- Dobra. Masz, to ci pomoże. 
 Daje mi do ręki to, co dał mi na moich igrzyskach, to, co było ukryte wśród "cukrowych jagód", to, co mogło zadziałać, to co jest moją jedyną nadzieją, to co należy dodać, to co ma tak słodki i mdławy zapach, to co mi naprawdę pomoże.
 Syrop nasenny. 
- Czasem używam tego jak chcę się napić a Effie marudzi. Jak już się dowiem gdzie jest, ty uśpisz Gale'a i pójdziesz, rozumiesz? - Nie sądziłam, że jego mózg który nieustannie potrzebuje nowej flaszki potrafi uknuć plan.
- Niezły jesteś w kombinowaniu.
- Odkąd Effie mnie kontroluje z procentami, muszę kombinować. 
- Dziękuje, bimber będzie jutro. - Wybiegam cała rozanielona nową nadzieją. Katniss, uspokój się, myślę. Nie możesz być taka szczęśliwa, bo się połapie o co chodzi.

 Siedzę przy kuchni i zupełnie nie umiejętnie gotuje obiad. Czuję się jak szympans na kursie szydełkowania. Dziwnie sypię sól, nie wiem co robię. 
- Pośpiesz się! Głodny jestem! 
 Powstrzymuję by nie zmiażdżyć solniczki w dłoni, albo powiedzieć "To wypierdalaj na dwór i żryj gruz". Zamiast tego próbuję się jednak opanować.
- Jeszcze chwila. - Mówię trochę ostrym tonem. Cios w szczękę pokazuje mi, że ton był jednak za ostry. Gdy odchodzi posyłam mu wściekłe spojrzenie. 






  Mam nadzieje, że rozdział nie jest nudny. Ja to wiem, troszkę długo mnie nie było, ale chyba jest ok i w końcu nabazgrałam te swoje wypociny.
 Btw, ja wracam, włączam Bloggera, i co? 100 nowych wyświetleń! *Przytulas dla was wszystkich i wirtualna Fanta!*



~Invictus















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz