czwartek, 17 kwietnia 2014

Rozdział 2

 -Wiesz, co, nie musisz mnie unikać.- Mówi nieśmiało Peeta
-To samo mogłabym powiedzieć o tobie- Ale wiem że się okłamuję... Jego także. Podchodzi do mnie i łapie mnie za ręce, próbuje mi spojrzeć w oczy ale mu się nie udaje bo spuszczam głowę. 
-Katniss, obojętność nie jest ok.- Mówi,ale widzę że włożył w to wiele trudu. Przytula mnie. Nie mam serca go odepchnąć. Po chwili też go przytulam. 
-Peeta, wiesz że będziemy musieli udawać miłość?- pytam go
-Cii...- Kładzie mi palec na ustach i całuje mnie. To chyba pierwszy pocałunek który nie był do kamery. Czuje że nie był jakimś zwykłym. To było urocze. Jeszcze chwile nie puszczamy swoich ust. Nawet nie wiem ile czasu spędziliśmy stojąc tak... Jest dobrze, nawet bardzo. Czemu? Bo zapomniałam o problemach i Snowie oraz jego groźbie zabicia Gale'a...
- Tak! O to mi chodziło!- Słyszymy jakiś uradowany głos. Haymitch uśmiecha się od ucha do ucha w progu.  Puszczamy się i patrzymy na niego. Peeta uśmiecha się, a ja idę w jego ślady, ale marnie mi to wychodzi ponieważ najlepszy uśmiech jaki umiem to ten złośliwy.
W efekcie wychodzi mieszanka tego z normalnym. Haymitch chyba wie że na więcej mnie nie stać. 
-Lepiej wypatrujcie stylistów. Mają być za chwile- Radzi. Wobec tego idziemy na środek osiedla. Po chwili podjeżdża biała limuzyna.  Z niej wychodzą nasi styliści.
- Yey!- Wołają i biegną do nas. Gdy dobiegają przytulają nas tak mocno że prawie się przewracam. Peeta jednak nie wytrzymał z względu na jego nogę. Pomagam mu wstać. 
-Chodźmy- mówię do Cinny a on przytakuje. Wchodzimy do mojej łazienki.
- Aleś ty brudna!- Mówi Octavia gdy już się rozebrałam. Już przywykłam do tego że znają moje gołe ciało. Dla nich nie jest to też jakaś nowość. Delikatnie przypruszają mi twarz pudrem. Oczy mam w stonowanej barwie czerwieni przechodzącą w żółć. Cinna przynosi mi fioletową, pilsowaną sukienkę bez rękawów. Część biustu jest jaśniejsza, a część poza nim jest delikatnie uniesiona Sięga trochę poza kolana.
-Jest zimno, taka krótka sukienka?-pytam 
- Patrz, to ogrzewa całą sukienkę i pozostałe aspekty ciała.- pokazuje mi czarne, małe pudełeczko zamontowane w wewnętrznej stronie sukienki. Przebieram się w nią. Mam malowane paznokcie na morski kolor, a włosy mam zaplecione w kok na czubku głowy. 
 Wychodzę przed dom. Peeta już tam na mnie czeka. Jest ubrany w prostą, czarną marynarkę i ciemno-granatowe spodnie. Stajemy obok siebię. Czuje że Peeta nadal cierpi. Postanawiam go pocieszyć, nawet jeśli miałabym cierpieć niż on. Łapię go za rękę. Widzę poprawę jego samopoczucia. Ja również jestem spokojniejsza. Idziemy za Effie do pociągu. Idę do swojego pokoju.
 Nie wiem co mogłabym tu robić, po prostu nie chce patrzeć na Peetę. Jest on niczemu nie winien. On nie, ale ja tak. Po części nie chce mu sprawić bólu. Będzie lepiej dla nas obojga. Leże w łóżku.
Nie patrze która godzina, nie liczę czasu. Puk,puk. Pewnie Effie.
- Otwarte!- Drze się zbyt głośno, ktoś wchodzi ale ja nie wiem kto to ponieważ nie wychodzę z pod kołdry.- Później zjem obiad, Effie- mówię choć nie wiem czy to ona. 
- To nie Effie- słyszę głos Peety który siada na moim łóżku
-Co?- pytam bo tylko na tyle się potrafię zdobyć.
-Nic... Chciałem tylko na ciebie popatrzeć.
- Ok- Patrzy na mnie przez chwilę. Siadam i go przytulam.
-Kocham cię- mówi Peeta
-Wiem- mówię ale nie jestem w stanie zdobyć się na: "Ja ciebie też"
Chwilę się biję z myślami i jednak także mu to mówię, ale po to by czuł się lepiej.
-Wiesz co będzie najgorsze?-pytam go, ale zanim się połapie o co mi chodzi mówię- Będziemy mentorami. Do nas trafi kolejna para z dwunastki. Być może nasi przyjaciele...
-Wiem, gdy widzę moje rodzeństwo myślę czy to ich będę musiał uczyć przetrwania i... Zabijania.- Mówi. 
-Zgłodniałam.- mówię- Choćmy do Effie.
-Dobrze- I wstaje, a ja idę w jego ślady. Zanim wyjdziemy z pokoju łapię go za rękę. Gdy wchodzimy do wagonu restauracyjnego Haymitch patrzy na nasze splecione dłonie i unosi w górę dwa kciuki.
-Tak, o to mi chodziło, skarbie!- Mówi. Próbuje usiąść dalej od Peety, ale mentor i "Wielki, wielki, wielki dzień" chyba to przewidzieli bo jak wsiadaliśmy było 6 krzeseł, Teraz są 4. Effie i Haymitch usiedli obok siebie, co skutkuje tym że muszę siedzieć koło Peety. Ale siadam. Jem tylko miskę mojej ulubionej potrawki i sok pomarańczowy. Wychodzę z wagonu, a Peeta zostawia swój udziec z kurczaka i idzie za mną. Mijam jednak swój pokój, na co Peeta unosi brwi pytająco.
- Choć, i się nie pytaj.- Mówię. 
-Dobra.- mówi a ja zmierzam ku ostatniemu wagonowi. Zapalam światło. Ukazuje się pomieszczenie z łukami i paroma tarczami.
- Co to jest?- Pyta zaskoczony blondyn.
-Strzelnica- Mówię, szczerze chciałam tu pobyć sama i się zrelaksować, ale skoro Peeta poszedł za mną to nie odprawię go. Szybciutko opracowuje plan działania.- Więc, skoro mamy udawać miłość, to powinniśmy się lepiej poznać. Więc pokaże ci jak się strzela z łuku. Pokaże ci mój świat. - Chłopak z chlebem spogląda na mnie jakby chciał powiedzieć "Serio?". Ja na to kiwam głową.
-Ale...-Ale nie kończy bo kładę mu palec na ustach. - Ja nie umn...- Znowu nie kończy ponieważ zamykam mu usta pocałunkiem. To chyba go zamknie na dobre.- Dobra, postrzelamy.- Uśmiecham się
-To świetnie- Mówię
- A potem upieczemy ciasto?- Pyta się mnie, a ja kiwam głową.
- Musisz sobie wybrać taki łuk który cię nie ogranicza. Musisz mieć łatwo w naciąganiu cięciwy. Peeta sprawdza parę łuków i stwierdza że najlepszy będzie łuk z jasnego drewna wyrobiony przez mojego ojca. Jest trochę Kapitolińskich, metalowych. Ale on chyba woli drewno.
- Mój łuk wyrobił twój ojciec?- Pyta mnie, a ja jestem zaskoczona. Nikt nie wiedział że on wyrabia łuki poza mną, Prim i mamą.
- Tak. Ale skąd o tym wiesz?
-W Dwunastce nie ma miejsc do kupienia łuków. To podżeganie do buntu. Więc musieliście sami je zrobić. To jest logiczne.- Mówi.
-Widzisz te koło? Nałóż strzałę i wyceluj. Potem puść. - Mówię, a on robi to wszystko i trafia. Potem rzucam mu ruchome cele. Z tymi radzi sobie gorzej, ale parę ustrzela.
-Nieźle jak na pierwszy raz.- Mówię. Nie kłamie, poszło mu dobrze.
-A teraz choć, zrobimy ciasto. - Peeta odkłada łuk. Idziemy do kuchni i prosimy rudą awoksę o udostępnienie nam kuchni.
-Więc, jakie ciasto robimy? - pytam go
- Jakie owoce lubisz? Możemy zrobić owocowe- Pyta mnie. 
- Jadłam tylko poziomki i pomarańcze.- 
-Poziomkowo pomarańczowe. Fajnie. - Chłopak wyjmuje składniki.- Więc tak, ciasto będzie przekładańcem. Ubijesz poziomki i pomarańcze? - Pyta mnie i podaje miski z owocami.
- Dobrze.- Zaczynam ubijać owoce, a Peeta zajmuje się bitą śmietaną i lukrem. -Gotowe! - Wołam. 
- Fajnie. Ja za chwilę skończę- Więc mam zamiar zrobić mu niespodziankę, biorę mąkę i ciskam mu ją w plecy, śmiejąc się do rozpuku. On odwdzięcza mi się tym samym, po chwili rozpętuje się niezła wojenka na mąkę. Śmiejemy się głośno. Muszę się przyznać że to jedna z najlepszych sytuacji które wiążą się z Peetą. Nie ma przymusu kamer, ale nie jest to też miłość, bitwę na mąkę można zrobić też z przyjaciółmi.
-Poddaję się! Poddaję! - Woła - Wracajmy do ciasta. Wykłada pierwszą warstwę śmietany do kwadratowej formy, potem wykłada pomarańcze, kolejną warstwę śmietany poziomki i znowu śmietanę.
Potem polewa górę białym lukrem. Przekraja kwadrat na 4 identyczne, mniejsze kwadraty. Maluje na pierwszym mężczyznę w wieku około 40 lat z butelką z napisem "BIMBER". To pewnie oznacza Haymitcha. Na kolejnym jest nastolatka w ciemnych włosach splecionych w warkocz trzymająca łuk. To zapewne ja. Na trzecim jest kobieta w nienaturalnie fioletowej peruce - Effie. Na koniec maluje blondyna w fartuchu z chlebem w jednej dłoni, a wałkiem w drugiej. On.
- Wow - mówię- Masz wielki talent.
- Ty też
- Niby bo czego?
- Polujesz, potrafisz doskonale celować. A mogłabyś przynieść cztery strzały? 
- Dobrze.- Idę po strzały. Gdy wracam Peeta wkłada po jednej strzale w prawy, górny róg, który najwyraźniej specjalnie zostawił wolny.
- Dobra, czas to pokazać Effie i Haymitchowi. - Mówi. Wychodzimy trzymając tacę.
- Zrobiliśmy ciasto!- oznajmia uradowany Peeta- To dla Pana-daje Haymitchowi jego ciasteczkowy portret- To do Effie- Jej również podaje ciasto - Do dla ciebie- mówi i obejmuje mnie. Bierze też dla siebie.
-Ładne, a co wy tacy biali?- Pyta się Haymitch.
- Rzucaliśmy się mąką.- Wyjaśniam, a mentor śmieje się.
- No,to nieźle.- mówi- Czyj pomysł z strzałą?
-Peety- Odpowiadam. -Idę do pokoju.- Wchodzę tam i zasypiam momentalnie.
 Śni mi się śmierć Rue, ale ona po jakimś czasie przeobraża się w Prim. I pod postacią Prim umiera. To przeplata się z scenami śmierci ojca. Budzę się z krzykiem. Po chwili Peeta otwiera drzwi.
-Co się dzieje?- Pyta się z zatroskaną miną.
-Nic, kolejny koszmar... Dzień jak co dzień.- Wchodzi do mojego łóżka i przytula mnie. Przychodzi mi myśl że ten dzień był jednym z najbardziej relaksujących w moim życiu.  Życie w Dwunastce nie ma zbyt dużo relaksu i szczęścia. Takie fajne dni mogę policzyć na palcach jednej ręki. Czuje szczęście przy Peecie. Jestem tak szczęśliwa i spokojna że momentalnie zasypiam.






Troszkę się pozpisałam. Pisałam rozdział cały dzień (licząc parunastu minutowe przerwy, których było dużo). Ale miałam natchnienia... Aż się sama sobie dziwię! Ale to chyba dobrze że mam natchnienie. Więc moja wiadomość na końcu od dziś będzie niebieska i troszkę większa. No dobra, co dziękuje że jesteście i czytacie te moje wypociny... Szczególnie że w momencie pisania tego posta jest was 24. Tak wiem, nie mam się co podniecać... Proszę, jeśli masz konto, napisz czy było fajne, bo chcę wiedzieć. Będę się starać posty publikować jak najczęściej.




1 komentarz:

  1. Fajne :) Bitwa na mąkę trochę oklepana, ale pasuję do sytuacji ! :D
    ~Katniss z AWZSOBG

    OdpowiedzUsuń