środa, 23 kwietnia 2014

Rozdział 6

 -Peeta, czemu my? Czemu nie ktoś inny mógłby być w takiej sytuacji? A my byśmy sobie siedzieli w domu i oglądali ich w telewizji - Pytam, choć pewnie brzmię jak narzekająca dziewczynka. 
-Nie wiem. - W tym czasie na łące zachodzi słońce. - Popatrz, Katniss. - Wskazuje na słońce, a my siadamy na ziemi.
- Piękne. 
- Zupełnie tak jak ty.
- Dzięki.
- A zaśpiewasz mi coś? 
- Po co?
- Chcę zobaczyć czy kosogłosy zamilkną. - Faktycznie. Jest tu masa kosogłosów, które głośno śpiewają. 
-W oddali łąki, wejdźże do łóżka
Czeka tam na cię z trawy poduszka.
Skłoń na niej główkę, oczęta zmróż,
Rankiem cię zbudzi słońce, twój stróż. - Śpiewam jedną zwrotkę.
- Umilkły. - Mówi Peeta. - Masz talent. 
- Wcale nie. Odziedziczyłam to. Jest różnica. 
- Katniss... Katniss... Wiem że naprawdę skromna nie jesteś.
- Ciekawe skąd ty to możesz wiedzieć?
- Czuje.
- Peeta, a co będzie po Tournee? W domu, w Dwunastce.
- Nie wiem. - Przytulam go. - Walka na spojrzenia? - Zabawa... Nie wie że to jedna z moich zabaw w lesie razem z Gale'm.
- Dobrze. Trzy, cztery ry!- Patrze się na niego, a on na mnie, ale wiem doskonale że to pretekst do popatrzenia na mnie. Mrugnął.
- Masz piękne oczy. - Mówi. 
- Dziękuje, ale to nie zmienia faktu że przegrałeś.
- Wiem
- Jestem w tym wyćwiczona.
- A jakim sposobem? - Nie mogę mu powiedzieć prawdy o lesie i Gale'u. 
- Gram w to z Prim.
- Apropos prymulek, proszę. - Peeta zrywa prymulkę nieopodal i wręcza mi ją. 
- Jest piękna. Peeta, musimy wziąść ślub. - Mówię.
- Tak. Możemy to zrobić. - Odpowiada, lecz znów oficjalnie. W jego oczach jest jakieś niezadowolenie, może smutek, albo żal. - Katniss, ja chciałem naprawdę. 
- Wiem, Peeta, wiem. Ale na to twoje naprawdę będzie masa czasu. Teraz trzeba przeżyć, przeżyć naprawdę.- Zastanawiam się czemu jestem taka nie miła. On przecież sobie dał zranić nogę aż do kości by mnie ratować! Coś się z mną jest nie tak.
-Wiem. -Przerywa moje rozmyślenia Peeta. Mówi stanowczo i ostro. Wstaje z łąki. Myślę że zrobi focha, ale on bierze mnie za rękę i pomaga wstać. Przytulam go, nie wiem czemu, może dlatego że się nie odwrócił od mnie. On odwzajemnia uścisk. 
- Musimy iść na ogłoszenie Ćwierćwiecza Poskromienia. - Ni skąd, ni zowąd pojawia się Haymitch. Idziemy za nim. Siadam na kanapie w naszym pociągu, Peeta siada obok mnie i obejmuje. Rozbrzmiewa hymn Panem oznajmiający początek programu. Prezydent Snow siedzi na jakimś starym krześle. Na kolanach ma drewnianą skrzynkę. 
- Witam. - Mówi zimno. - "Podczas trzeciego Ćwierćwiecza Poskromienia arena będzie o pięć razy mniejsza niż rok temu, dla przypomnienia że to życie to sztuka i cenny dar, i że należy pomyśleć czy jeden nieprzemyślany czyn, jedno nieprzemyślane powstanie, jeden bunt może je zakończyć dla całego Panem." - Czyta Snow. Nie tak źle, myślę... Ale nadal mogą wylosować Prim... Ale jedna osoba już jest bezpieczna. Gale. Rok temu miał ostatnie losowanie. Ta myśl mnie trochę pokrzepia.
- Mogło być gorzej. - Mówi Peeta. Idę do swojego pokoju. Choć jest jeszcze siódma, chce mi się spać. Przebieram się i wskakuje do łóżka. Zasypiam szybko. Śnie o dniu tegorocznych Dożynek. Wylosowano Prim. Nie mogę się zgłosić, bo jako zwyciężczyni mam ochronę i nie biorę udziału w losowaniach. Budzę się, krzycząc jej imię. Płaczę, targa mną histeryczny szloch. Peeta otwiera drzwi. Obejmuje mnie.
- Spokojnie, Katniss... Ciii... - Ociera mi łzy.
- Priiiim!- Zawodzę jak ranne zwierzę, nadal jestem jedną nogą w koszmarach. 
- Prim nic nie jest! Rozumiesz? - Tłumaczy mi cierpliwie, lecz stanowczo. Otwiera usta by powiedzieć coś, uspokoić mnie, ale znowu krzyczę imię małej, słodkiej Prim, którą teraz, okiem wyobraźni, widzę zalaną krwią na igrzyskach, brutalnie zamordowaną przez jakiegoś zawodowca. Cierpię, chyba bardziej niż po jadzie os gończych. Bardziej niż kiedykolwiek, włączając w to ból fizyczny.
-Wcale... Nie, Peeta... - Ciągle przerywa mi szloch. - Zawodowcy... Oni, ją zamordowali!- Szlocham.- Na igrzyskach! 
-Nie, Katniss. Prim teraz śpi w Dwunastce, całkowicie bezpieczna! Nie ma nawet zadrapania.
- Nie! Ona ma poderżnięte gardło i odcięte palce! - Szlocham histerycznie. -Moja, mała Prim nie żyje!-  Peeta chyba zmienia taktykę, bo mnie tylko przytula i mówi "Ciiii" szeptem. Co jakiś czas tylko jęczę imię mojej siostry. Aż w końcu cichnę i zasypiam...





Mnie to trochę wzruszyło. Mam ogromną ochotę wam zaspojlerować coś. Powiem tylko że Dożynki będą Osamowe, a nie przepraszam, bombowe.
Pa!






1 komentarz: