Ktoś otwiera drzwi. Tylko nie Peeta, błaga w myśli, wolałabym te wizytę zachować w tajemnicy, a jeśli to on, to od razu wyczuje że coś jest nie tak.
Na szczęście to tylko awoksa.
Katniss, myślę, ogarnij się, i idź do Peety, tylko tak by nic nie zauważył. Wychodzę i staram się przybrać jak najbardziej rezolutną minę. Siadam obok Peety.
- Gdzie byłaś? - Pyta. Tego się obawiałam.
- W toalecie. - Mówię,
- Spoko. Nie wnikam.
- I dobrze. - Nie mam ochoty dzielić się uczuciami. Ale z drugiej strony, w Jedenastce miałam pokaz jak Peeta się denerwuje gdy się mu nie mówi. Wiem że nie chcę tego przechodzić po raz drugi.
- Dobrze.
- Nie, nie dobrze! Snow wie! - Pękam i wyrzucam to, co mnie dręczy.
- Jak zareagował? - Peecie rozszerzają się źrenice z zdumienia i adrenaliny
-Niby mamy szansę, ale coś mu nie wierze. - Przytulam się i próbuję nie płakać.
- Nie wierz. - Przytulam się mocniej, i dopiero się czuje bezpiecznie. Peeta na chwilę wstaje, i przychodzi z kubkiem gorącej czekolady. Podaje mi kubek i od razu go łapczywie wypijam.
- Dzięki. - Czekolada choć trochę uspokoiła bałagan i plątaninę myśli w mojej głowie. Peeta znów mnie obejmuje i całuje w czoło.
Siedzimy tak, nawet nie wiem ile, ale wiem że mi to pasuje.
-Bu! - Woła ktoś niespodziewanie za naszymi plecami. Dygamy i odwracamy się. To Madge. - Kolacja, gołąbki!
- Trochę za wesoła jesteś. Niedługo na igrzyska idziesz. Zapomniałaś? - Wołam za nią.
- A tobie się jakoś udało. Jestem od dziś optymistką. - Mówi i puszcza mi oko.
- Fajnie, a jak szkolenie?
- Noże są całkiem fajne. Potrafię zastawić wnyki. - Chwali się. - A wchodzenie na drzewa jest łatwe.
- Bo masz dobrą do tego budowę. - Potwierdzam, Madge jest koścista, mimo iż je wystarczająco, jest mojej wysokości i jest zwinna, jak ona biega gdy szkole jest tortilla. Wszędzie się wtedy wciśnie, byle być pierwsza.
- Też to słyszałam od dwunastolatki z Dziesiątki. - Mówi.
- Chodźcie do stołu. - Mówi Effie. Wykonujemy polecenie.
- A tobie, Alastor, jak idzie? - Pyta Peeta.
- Jest ok, ale próbuje sobie załatwić sojusz z tymi z Ósemki. - Odpowiada.
- Z tymi dużymi?! Muszę też się wkręcić. - Oznajmia Madge.
- Mają na imię Kirike i Endevo. - Wyjaśnia Alastor. - Mówili że chętnie by cię przyjęli, uważają że dobrze rzucasz nożami.
- Ekstra, mam szansę na wygraną. - Cieszy się dziewczyna, ale prostuje napotkawszy spojrzenie współtrybuta. - Znaczy się, ty również. Dobra, nie okłamujmy się. Wieżę w siebie. - Mówi z uśmiechem.
- Ja też. - Uśmiecha się Alastor.
- To dobrze. Ale jak na razie jesteście w sojuszu, jak tak dalej pójdzie, to zostanie przerwany zanim wejdziecie na arenę.- Ucinam, gdy zanosi się na dłuższą wymianę zdań. - A biegniecie do
rogu obfitości?
- Ja wolałabym tak. Szybko biegam. - Mówi Madge. - Alastor też nie gorzej. - Chwali chłopca.
- Wobec tego, chyba można zaryzykować? - Rzucam pytanie retoryczne.
- Nie, nie można, Katniss. - Zaprzecza mi Peeta zdecydowanym tonem.
-Niech oni podejmą decyzje! - Prawie krzyczę. - My będziemy w tym czasie wygrzewać dupska w pokoju dla mentorów! W ogóle nie powinniśmy mieć nic do powiedzenia! - Naskakuję na niego, nie powinien im prawić morałów. Dlaczego?
Ponieważ znam upartą Madge, i wiem że postawi na swoim. Jeśli przeżyje wyprawę do Rogu, będę z niej dumna. Może nawet i trochę z siebie, za to że miałam rację.
- Katniss, to nie jest dobra postawa! - Odpowiada mi Peeta.
- Powiedz mi co jest w niej złego!? - Walę otwartą dłonią w stół.
- To że próbujesz ich upodobnić do siebie, Katniss! - O Peecie mogę powiedzieć wszystko, ale nie to, że będzie gadał od rzeczy.
- Co!? - Mówię z największym niedowierzaniem, ale jestem również oburzona, że niby jak ich upodabniam? Owszem, poszłam po rzeczy z Rogu, ale zrobiło to również większa część trybutów w całej historii igrzysk.
- To, oni nie muszą robić tego co ty! - Łapię mnie za rękę.
- A czy ktoś im każe to robić? - Cedzę przez zęby i wyrywam rękę.
- Widzę, mamy kłótnie małżeńską. - Madge się kpiąco uśmiecha.
- Oh, zamknij się! - Burczę.
- Oh, czy na pewno? - Naśladuje mój głos a ja posyłam jej spojrzenie które mogłoby zabijać.
- Koniec tych spin. - Mówi Effie. - Wszyscy do łóżek!
- Tak jest. - W odpowiedzi słyszy zgodny pomruk wszystkich. Pchamy się do wyjścia. W korytarzu słyszę pomruk ust Madge wcelowanych idealnie w moje ucho:
- Widzę, mamy kłótnie małżeńską...
Nie zważając na nią idę do mojej sypialni. Padam na łóżko i zasypiam.
***
Tydzień mija dość szybko.
Dziś Madge wyrusza na arenę. Wstaje, jemy śniadanie, w milczeniu, grobowym milczeniu, takim jakim zamilknie dwadzieścia trzy osoby z areny, sama myśl jest upiorna, a co będzie gdy stanie się to na prawdę?
Nie chcę wiedzieć.
Madge już się przygotowuje do wyjścia. Musisz się z nią pożegnać, zapomniałaś? Oj, nie dobra przyjaciółka!- Odzywa się jakiś głos, nie Snow, inny, tak stanowczy, że podchodzę do córki burmistrza i przytulam ją w przyjacielskim, ale przepełnionym żalem uścisku. Nie mówię nic, ale spływa mi pojedyncza łza, która się nie powtarza. W ostatnim geście pożegnania ściskam jej dłoń. Ona zakłada naszyjnik z kostkami do gry, jej talizman i pamiątka z dystryktu.
Będzie mi jej tak brak. Niestety nie mam czasu na nic więcej, ponieważ idzie z Cinną. Zanim jednak pójdzie, przykładam do ust trzy palce, i gwiżdżę melodie Rue, która zginęła na arenie. Patrzę na plecy Madge, a potem na drzwi. Rozpacz rozdziera mi serce, ale nie jestem w stanie nic zrobić. Wpatruje się w jej oddalające się plecy, aż w końcu w drzwi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz