- Kiedy mogę wyjść? - W moim głosie słychać upór, zupełnie inny od głosu do którego mówiłam do Peety.
- Nawet teraz, tylko trzeba się oszczędzać, Panno Everdeen.
- Katniss, jesteś pewna, że to dobry pomysł? - Niepokoi się Peeta, patrząc na mnie.
- Tak, Peeta, to dobry pomysł.
- Przygotować wypis? - Pyta się lekarz a ja skinam głową, zanim Peeta zdąży mnie powstrzymać. Po chwili przychodzi z kartką na podkładce i podaje mi długopis. - Proszę podpisać. - Biorę długopis do ręki, a Peeta posyła mi spojrzenie które można by nazwać "Zastanów się co robisz", posyłam mu spojrzenie "Wiem co robię, więc pozwól mi to zrobić!", odpowiada mi "Nie, nie pozwolę", po chwili mamy prawdziwą bitwę na spojrzenia. Przerywam ją biorąc podkładkę i podpisując.
- Musiałaś, co nie? - Pyta się mnie.
- Oczywiście. - Odpowiadam z szerokim uśmiechem.
- Chodź, idziemy. - Obejmuje mnie w tali i wychodzimy.
Wchodzę do pokoju w Ośrodku i się przebieram w luźną, czarną sukienkę do kolan, ubranie odsłania ramiona i obojczyki. Wychodzę z pokoju i idę do salonu, w którym czeka na mnie Peeta. Znów obejmuje mnie w tali i szepcze mi wprost do ucha:
- Ładnie wyglądasz. - Uśmiecham się.
- Dziękuje.
W pomieszczeniu zwycięzców usiadłam na tej samej sofie, co wcześniej. Od kobiety w białym ubraniu dostaję tablet z różnymi rzeczami i ich cenami, w prawym górnym rogu mam prostokąt z napisanym "MADGE UNDERSEE 136 56O $", a w lewym jest taki sam z napisem "ALASTOR WINTER 121 000 $". Nigdy nie miałam w ręku tableta, wiem natomiast jak wygląda i jak się nazywa, gdy byłam młoda, miałam jakieś 13 lat, czasem oglądałam w TV reklamy komputerów i różnych nowinek technicznych. Patrzyłam na tak odległy mi świat, choć geograficznie bliski, wiedziałam, że ile zwierzyny nie upolowałabym i przehandlowała na pieniądze, nigdy nie zarobiłabym na coś takiego, zresztą musiałam wyżywić rodzinę.
Patrzę na ekran, musi być wcześnie, Alastor i Madge właśnie się budzą do życia, a raczej do brutalnego zakończenia ich życia.
- My idziemy na polowanie, potrzeba nam świeżego mięsa. - Oznajmia Madge i zanim Alastor się zgodzi, bierze go za ramie i ciągnie do lasu,mimo to stoi jak wrośnięty w ziemię, wręcza broń w rękę zdezorientowanego chłopaka. Mimo to, nadal stoi. Dziewczyna wzdycha. - Mówić do słupa, a słup jak dupa... - Podchodzi do chłopca i policzkuje go. - Rozumiesz?
- Dobra, rozumiem. - Odpowiada i idzie w las razem z Madge. Po chwili widzą wiewiórkę. Madge posyła shuriken w jej głowę która odpada, trybuci Dwunastki podchodzą do zwłok. Alastor bierze truchło. Nagle jakiś kształt powala chłopca. To nie zwierze, to dziewczyna która pragnie zemsty za brata.
- Witam cię. Jak ci się żyje? - Mówi mściwym głosem. Madge rzuca mu się na ratunek, ale jakiś inny zawodowiec ją odciąga i trzyma nóż przy jej gardle, tak aby się nie ruszyła, dziewczyna dyszy ciężko ze stresu.
- Bardzo dobrze, dziękuje, że pytasz. - Odpowiada jakby nigdy nic, ale wiem, że to ma to rozwścieczyć.
- O, jak słodko, Dwunasty. - Na dźwięk przezwiska "Dwunasty" przypomina mi się Clove. Aż słyszę w głowię jej głos Dwunasty, gdzie twój narzeczony? Jeszcze dyszy? Tak, tak, usta ci się raczej nie przydadzą. Chcesz posłać kochasiowi ostatniego buziaka? Niemal słyszę jej szyderczy śmiech.
- No, słodziutko. - Przytakuje chłopak.
- Bierzmy się do pracy, może ci popsujemy paluszki? - Bierze jego dłoń w ręce i głęboko rani palec. Z gardła jej ofiary rozlega się krzyk. - Tak, dalej, krzycz. - Mówi i odcina mały palec. Krzyk tym razem tak donośny, że płoszy ptaki w promieniu parustu metrów. Madge szarpie się.
- Alastor! - Krzyczy rozpaczliwie. - Wytrzymaj! Oddychaj, wdech, wydech, wdech, wydech. - Alastor wykonuje jej polecenie, choć co chwila jęczy z bólu. Nie mogę patrzeć na tę scenę. Wtulam się w pierś Peety i zamykam oczy. Słyszę kolejny krzyk bólu.
- Alastor! - Słyszę rozpaczliwie brzmiący głos Madge.
- Dobra, koniec tego! - Mówi dziewczyna z Dwójki. Wystrzał armaty.
- ALASTOR! - Madge rozpaczliwie krzyczy. Jeszcze mocniej się wtulam, nie chcę widzieć zwłok, jeszcze gorsze będą zwłoki Madge.
- Okey, teraz ty. - Słyszę głos dziewczyny która zamordowała chłopca. Nie wytrzymuje i podnoszę wzrok, to będzie oznaką szacunku. - Daj mi ją. - Mówi do mięśniaka który więzi Madge. Jej ciało bezwładnie leci, popchnięte przez zawodowca. Amy bez trudu ją łapie i przybija ręką do drzewa obok. - Wyluzuj, przecież wiesz, że od razu nie umrzesz, ja się najpierw pobawię. O, na przykład tak. - Nacina skórę ręki i ją podważa, towarzyszą jej krzyki Madge. Dziewczyna zrywa skórę jak papier. Krzyki i krew Madge. Cała prawa ręka jest w krwi, wygląda jakby nosiła czerwoną rękawiczkę. Po paru minutach wypełnionych krzykiem, Madge ma podcinane gardło. Wystrzał. Leci mi łza, później druga. Peeta zauważa to i przytula mnie. Ja się uspokajam.
- Przepraszam, muszę znać decyzję. - Mówi ta sama dziewczyna która dała mi tablet.
- O czym?
- Czy wracacie państwo do waszego dystryktu? Wasi trybuci nie grają, więc można tu oglądać dalszą część igrzysk, bądź w domu. - Odpowiada kobieta. Peeta patrzy się na mnie.
-Peeta, wracajmy do domu. - Mówię zmęczonym tonem.
- Dobrze, wracamy. - Zgadza się. Kobieta od tabletów wstukuje coś na czymś wyglądającym jak szeroka bransoleta, ale jest to smartfon giętki.
- Dobrze, proszę za mną. - Mówi i prowadzi nas do pokoju. - Proszę zabrać wszystko co przywieźliście. - Zabieram broszkę z kosogłosem i wychodzę. Kobieta prowadzi nas do pociągu. W ostatniej chwili przypominam sobie o Effie.
- Gdzie Effie? - Pytam.
- Panna Tinkiet zaraz przyjdzie. - Odpowiada kobieta. - Wtedy pociąg odjedzie. - Kobieta wychodzi z pociągu.
- Katniss, jak się czujesz? - Wchodzi Effie i pyta się mnie.
- Dobrze. - Odpowiadam.
~~~~~~
Nie całe dwa dni mijają szybko. Wystawiam głowę przez okno i widzę początek naszego dystryktu. Nie ma nikogo na stacji, to oczywiste.
Wysiadamy i rozmawiamy na peronie.
- Trzeba będzie powiedzieć naszym matkom. - Mówię.
- Tylko twojej. - Prostuje moją wypowiedź Peeta.
- Czemu?
- Moja matka marudzi, że mam za dziewczynę kogoś ze Złożyska.
- Ale sam mówiłeś, teraz jestem mieszkanką Wioski Zwycięzców.
- Mojej matki się nie da zrozumieć. - Odpowiada mi.
- Może tak jest. - Zgadzam się. - Ale powinna wiedzieć, to pewnie będzie ważna rzecz dla niej.
- Nie, jak będzie chciała to się dowie. - Mówi stanowczym głosem.
- Ale, wiesz, że nie powinno się kłócić z kobietą. a tym bardziej z kobietą w ciąży. - Odpowiadam i patrzę na niego jak mała dziewczynka.
- Dobrze, Katniss, ale najpierw idziemy do ciebie. - Daje za wygraną Peeta. Idziemy do wioski. Otwieram drzwi swojego domu. Prim i mama siedzą w fotelach i popijają herbatę.
- Katniss! - Prim podbiega do mnie i ściska.
- Cześć, Prim. - Odpowiadam, zdaję sobie z tego sprawę, że matka i moja siostra nawet nie wiedzą o obecności Peety, który stoi za wejściem do salonu.
- Dzień dobry. - Wyłania się zza wejścia Peeta. - No powiedz. - Szepcze mi do ucha.
- Czemu ja? - Pytam go równie cicho.
- Kobiety mają pierwszeństwo. - Mówi cicho.
- Dobra, mamo, jestem w ciąży. - Mówię.
- Gratulacje. - Odpowiada i przytula się. Patrzę na Prim. Uśmiecha się.
- Fajnie! Będę ciocią.
- Tak. - Potwierdzam. - A, i się przeprowadzam.
- Gdzie? - Pyta się matka dla żartów. Biorę rękę na twarz i dłoń wolno spływa mi w dół po twarzy.
- Domyśl się. - Odpowiadam. - Daleko to nie będzie, dom naprzeciw. - Podpowiadam.
- Aha. - Chyba dała sobie spokój z żartami. Idę do pokoju po rzeczy.
- Chodź, pomożesz mi. - Zwracam się do Peety.
Po chwili jestem już rozpakowana w domu Peety.
- Teraz idziemy do piekarni. - Mówię a raczej zarządzam.
- Nie mam wyjścia?
- Tak, nie masz. - Odpowiadam i łapię go za rękę, a raczej ciągnę w stronę drzwi. - Nie drocz się ze mną. - Warczę, ale zastanawiam się, dlaczego Peeta tak bardzo nie chce iść do swojej matki.
Stoimy przed drzwiami piekarni.
- Właź. - Wydaję polecenie. Peeta ostrożnie wchodzi do sklepu.
- Czego chcesz!? Przecież wyraźnie mówiłam, wydziedziczam cię! Nie dostaniesz nic z testamentu! - Skrzeczy jego matka. Postanawiam wejść do piekarni. - Jeszcze przyprowadziłeś tu tą swoją dziewuchę. - Patrzy się na mnie.
- Mam na imię Katniss. - Ja wiem, że ona to wie, ale nie potrafię powstrzymać złośliwości.
- Uważaj sobie. - Odpowiada.
- Mamo, już to przerabialiśmy, co nie? - Peeta przewraca oczami.
- Ty też sobie uważaj. - Jego własna matka próbuje go spoliczkować, ale chłopak łapie ją za rękę z taką łatwością, że aż litość bierze.
- Wszyscy bądźcie cicho! - Krzyczę. - Chcieliśmy pani coś przekazać. - Mój głos łagodnieje.
- Co takiego, że marnujecie mój czas?
- To, że zostanie pani babcią. Do widzenia. - Wychodzę z budynku, a Peeta podąża za mną. Nagle do głowy mi wpada pomysł.
- Peeta, ja chcę nazwać ją Madge. - Pomysł był spontaniczny, ale chyba warto było.
- Jak chcesz, ale skąd wiesz, że to będzie dziewczynka?
- Mam przeczucie. To mi wystarczy. - Odpowiadam.
Przechodzę przez siatkę. Wyjmuję z drzewa łuk i kołczan. Parę wiewiórek jest przebitych strzałą.
Siadam na kamieniu i siedzę sobie, delektuję się pięknem śpiewu kosogłosów i innych ptaków. Coś uderza mnie w głowę, pod moje nogi toczy się kulka papieru. To z pewnością Gale, kiedyś tak się informowaliśmy o obecności drugiego. Wiem co mam zrobić, muszę rozwinąć kartkę i przeczytać wiadomość. Wiadomość brzmi:
- Ej, gdzie jesteś? - Pytam ponieważ go nie widzę. - Katniss! - Prim podbiega do mnie i ściska.
- Cześć, Prim. - Odpowiadam, zdaję sobie z tego sprawę, że matka i moja siostra nawet nie wiedzą o obecności Peety, który stoi za wejściem do salonu.
- Dzień dobry. - Wyłania się zza wejścia Peeta. - No powiedz. - Szepcze mi do ucha.
- Czemu ja? - Pytam go równie cicho.
- Kobiety mają pierwszeństwo. - Mówi cicho.
- Dobra, mamo, jestem w ciąży. - Mówię.
- Gratulacje. - Odpowiada i przytula się. Patrzę na Prim. Uśmiecha się.
- Fajnie! Będę ciocią.
- Tak. - Potwierdzam. - A, i się przeprowadzam.
- Gdzie? - Pyta się matka dla żartów. Biorę rękę na twarz i dłoń wolno spływa mi w dół po twarzy.
- Domyśl się. - Odpowiadam. - Daleko to nie będzie, dom naprzeciw. - Podpowiadam.
- Aha. - Chyba dała sobie spokój z żartami. Idę do pokoju po rzeczy.
- Chodź, pomożesz mi. - Zwracam się do Peety.
Po chwili jestem już rozpakowana w domu Peety.
- Teraz idziemy do piekarni. - Mówię a raczej zarządzam.
- Nie mam wyjścia?
- Tak, nie masz. - Odpowiadam i łapię go za rękę, a raczej ciągnę w stronę drzwi. - Nie drocz się ze mną. - Warczę, ale zastanawiam się, dlaczego Peeta tak bardzo nie chce iść do swojej matki.
Stoimy przed drzwiami piekarni.
- Właź. - Wydaję polecenie. Peeta ostrożnie wchodzi do sklepu.
- Czego chcesz!? Przecież wyraźnie mówiłam, wydziedziczam cię! Nie dostaniesz nic z testamentu! - Skrzeczy jego matka. Postanawiam wejść do piekarni. - Jeszcze przyprowadziłeś tu tą swoją dziewuchę. - Patrzy się na mnie.
- Mam na imię Katniss. - Ja wiem, że ona to wie, ale nie potrafię powstrzymać złośliwości.
- Uważaj sobie. - Odpowiada.
- Mamo, już to przerabialiśmy, co nie? - Peeta przewraca oczami.
- Ty też sobie uważaj. - Jego własna matka próbuje go spoliczkować, ale chłopak łapie ją za rękę z taką łatwością, że aż litość bierze.
- Wszyscy bądźcie cicho! - Krzyczę. - Chcieliśmy pani coś przekazać. - Mój głos łagodnieje.
- Co takiego, że marnujecie mój czas?
- To, że zostanie pani babcią. Do widzenia. - Wychodzę z budynku, a Peeta podąża za mną. Nagle do głowy mi wpada pomysł.
- Peeta, ja chcę nazwać ją Madge. - Pomysł był spontaniczny, ale chyba warto było.
- Jak chcesz, ale skąd wiesz, że to będzie dziewczynka?
- Mam przeczucie. To mi wystarczy. - Odpowiadam.
Przechodzę przez siatkę. Wyjmuję z drzewa łuk i kołczan. Parę wiewiórek jest przebitych strzałą.
Siadam na kamieniu i siedzę sobie, delektuję się pięknem śpiewu kosogłosów i innych ptaków. Coś uderza mnie w głowę, pod moje nogi toczy się kulka papieru. To z pewnością Gale, kiedyś tak się informowaliśmy o obecności drugiego. Wiem co mam zrobić, muszę rozwinąć kartkę i przeczytać wiadomość. Wiadomość brzmi:
Hej Kotna.
- Tu. - Gale siedzi na kamieniu obok mojego kamienia. Nie powinno mnie to dziwić, często się pojawiał cicho.
Czuje przykry ucisk w piersi - poczucie winy.
- Hej - Mówię mimo to. Przez te całe zamieszanie zapomniałam jaki dziś dzień tygodnia, ale wiem, że niedziela, Gale ma dziś wolne, w kopalni jest tylko jeden dzień wolny. Myślę o tym jak mu powiedzieć. Prosto z mostu.
- Gale - zaczynam - muszę ci coś powiedzieć.
- Mów, Kotna. - Odpowiada spokojnie.
- Ja - spuszczam głowę - jestem w ciąży. - Przez chwilę w oczach Gale'a widzę żal, ale szybko jest zastąpiony przez żądze mordu.
- Zabiję Mellarka. - Cedzi i wstaje.
- Nie! Nie możesz! - W moich oczach błąkają się łzy. Przypominam sobie reakcje Gale'a na moje słowa.
Nigdy nie zabiłam człowieka - Powiedziałam wtedy
A właściwie co to za różnica? - Odpowiedział mi. Może nigdy nie widział różnicy?
- Mogę, i zrobię to. A wtedy ty będziesz moja. - Czuje obrzydzenie, traktuje mnie jak jakąś monetę przetargową, nie zważa na mnie, nie zważa na moje uczucia, na nic nie zważa.
- I ty myślisz, że jak to zrobisz, to będę z tobą? Po tym jak zabijesz go? Odpowiedź brzmi: nie. - Próbuje mu przemówić do rozsądku, ale chyba ostatnia szara komórka mu właśnie zanikła.
- Jak to się mówi, jak nie próźbą, to gróżbą, Kotna. - Patrzy na mnie, ale nie w oczy, w dekolt. Czuję jeszcze większe obrzydzenie i wściekłość.
- Mam na imię Katniss! - Wrzeszczę.
- Nie ważne. - Bierze rękę i chyba chce mnie objąć, we mnie wzbiera jeszcze większa wściekłość. Zanim pomyślę, jak najmocniej kopię butem w krocze Gale'a. On kuca z przekrzywioną od bólu twarzą.
- Jeszcze cię złapię! - Krzyczy za moimi plecami.
Wpadam do domu Peety cała zlana potem. Szybko i sprawnie zamykam drzwi na zasuwkę. Peeta jest zdezorientowany, ale olewam go i biegnę zamknąć okna w całym domu. Gdy już wykonałam tę czynność Peeta się mnie pyta:
- Co jest, Katniss?
- Gale... Powiedział, że cię zabiję, a mnie siłą zmusi, bym z nim była. - Mówię ciężko oddychając. - Na razie go kopnęłam i pewnie jest teraz w lesie, ale nic nie wiadomo.
- Nikt cię do niczego nie zmusi. - Zapewnia mnie Peeta stanowczym głosem. Chyba ma gdzieś to, że grozi mu śmierć. Przytulam się do niego.
- Boję się. - Mówię.
- Nie bój się, nikt cie nie zmusi. - Peeta głaszcze mnie w policzek.
- Ale ja się boję o ciebie.
- Spokojnie.
Coś mocno wali w drzwi. Wiem co zobaczę przez wizjer. Nie myliłam się. Gale. Na jego twarzy maluje się wściekłość. W dłoni ma nóż.
- To on. - Szepczę przestraszona.
- Odsuń się. - Mówi, pewnie chce z nim walczyć. Nie pozwolę mu na to.
- Nie, nie będziesz z nim walczył. - Staję przed drzwiami, zasłaniam je, nie chcę by Peeta je otworzył.
- Katniss. Odejdź od tych drzwi. - Peeta łapię moją rękę i próbuje odciągać, ale ja zapieram się nogami
- Nie, on ma nóż, nie warto.
- Więc i mi przynieś nóż.
- Pomogę ci.
- Nie, idź do pokoju na górze i czekaj tam.
- Nie! Rozumiesz? Nie pozwolę ci samemu z nim walczyć. - Upieram się.
- Katniss, nie możesz...
- Właśnie, że mogę.
- Dobrze, Katniss, skoro chcesz. A teraz leć po noże. - Wykonuje polecenie. Przynoszę dwa największe noże jakie znalazłam.
- Razem?
- Razem. - Odpowiadam. Peeta drżącą ręką kręci zasuwką. Otwiera drzwi. Gale stoi, nie atakuje.
- Czego chcesz? - Pytam zimno.
- Spełnię to, co powiedziałam w lesie. - Odpowiada.
- Nic nie spełnisz, Hawthorne. - Mówi Peeta.
- Oj, żebyś się nie przeliczył. - Gale macha nożem w stronę Peety. Mi nic nie zrobi, w końcu, pewnie ma plan zaciągnięcia mnie do ołtarza. Nic mi nie zrobi. To mi podsuwa pewien pomysł. Bronię Peety, stając przed nim.
- Katniss, odejdź. - Mówi Peeta.
- Nie. I masz być cicho. - Nakazuję.
- Kotna, odejdź, nikt tu nie chce byś ucierpiała. - W jego ustach brzmi to absurdalnie. Jak ON może mi mówić, że nie chce mojej krzywdy? Przecież on chce mnie zmusić bym z nim była i zabić Peetę.
- Nie, Gale, to ty masz odejść i nie wracać. - Odpowiadam.
- Koniec, nie będziesz się ze mną droczyła! - Mówi ze wściekłością Gale i chwyta mnie za ramie, wyciąga z domu i bierze ręce za plecy, trzyma za mocno bym się wyrwała. Peeta próbuje biegnąć do mnie, ale jakiś chłopak, zapewne na rozkaz Gale'a, zawiązuje Peecie oczy oraz ręce i brutalnie popycha go do hallu domu.
- Peeta! Peeta! - Krzyczę jak nienormalna.
- Katniss! - Woła zanim goryl Gale'a zdąży zamknąć drzwi. Po policzkach spływają mi łzy.
- Jak mogłeś!? - Wrzeszczę do Gale'a.
- No, tak jak widać.
- Jesteś potworem! - Krzyczę do niego.
- Uspokój się, Kotna. - Wciska mi kciuk w przerwę między łopatkami i powoduje ból.
- Przestań, to boli. - Na te słowa kciuk wbija się jeszcze bardziej. - Czemu to robisz? - Mówię rozpaczliwym tonem.
- Aby ci pokazać, że tak będzie za każdym razem, gdy mi się sprzeciwisz, i uwierz mi, to nie będzie tylko palec między żebra. - Dociska palec jeszcze mocniej.
- Przestań, proszę. - Z moich oczu obficie lecą łzy. - Gale, byliśmy przyjaciółmi, co się stało? - Jedynej rzeczy której Gale nigdy nie lubił, było to sumienie.
- Idź. - Mówi tylko i popycha mnie rękami którymi mnie trzyma. Wykonuje polecenie. Czy idziemy do jego domu? Gale jednak prowadzi mnie do innego domu, betonowego, z samym parterem. Sadza mnie na fotelu, ja nawet nie śmiem się ruszyć, on odprawia chłopaka który związał Peetę. Zamyka drzwi na klucz.
- Więc, co, Kotna, będziesz grzeczna? - Dotyka moich włosów i chwilę przekłada kosmyki.
- A co jak powiem, że nie? - Nawet jeśli miałabym mieć jakiegoś siniaka, zdecydowałam się to powiedzieć. Nie pomyliłam się, zaraz po tych słowach dostaję plaskacza, na policzku pulsuje mi mocny ból, po poliku spływają mi łzy.
- Radzę ci być grzeczną.
- Czemu mi to robisz? Nie pomyślałeś, że moglibyśmy się nadal przyjaźnić, tak jak wcześniej?
- Przestań zadawać pytania! - Nakazuje mi. - Ty tu siedź. - Idzie gdzieś. Wiem, że to jedyna szansa. Rozbijam okno. Wyskakuje i widzę, że jestem w innej części Złożyska, mój rodzinny dom się znajduje jakiś kilometr stąd. Oddalam się od betonowego domu i zastanawiam się gdzie pójść. W Wiosce Zwycięzców zaraz zostanę znaleziona. Mimo to, chcę wrócić. Biegnę jak najszybciej mogę. Otwieram drzwi domu. Nie ma nikogo. Rozglądam się po całym domu.
- Peeta? - Nawołuje go.
- Mhychmm. - Odpowiadają mi pomruki przytłumione czymś. Dochodzą z kuchni, idę tam. Peeta nie ma związanych nóg więc może chodzić, ale bez oczu daleko nie zajedzie.
- Peeta! - Rozwiązuje go i tulę.
- Katniss! Gdzie on cię zabrał?
- Do jakiegoś domu w Złożysku, uciekłam jak gdzieś poszedł.
- Twój policzek.
- Nic takiego.
- Uderzył cię? - Na twarzy Peety maluje się gniew.
- Tak, ale to nie ważne.
- Ważne, Katniss.
- Zostaw to, to naprawdę nie jest ważne.
- Katniss, ja nie pozwolę mu.
- Zostaw to, rozumiesz?
- Dobrze.
- On zaraz tu będzie. Powinniśmy nie wydawać oznak życia. Wtedy pójdzie do lasu, a tam spędzi dużo czasu. - Mówię.
- Ale nie możemy go zwodzić w nieskończoność.
- To niemożliwe. - Przytakuje.
- Trzeba jakoś to zakończyć.
- Chciałabym to jakoś zakończyć tak... pokojowo.
- Tak będzie najlepiej.
- Znam Gale'a, taki ktoś się nigdy nie poddaje po pierwszej próbie.
- To będzie dość trudno. - Mówi Peeta.
Nagle przez szybę wpada strzała, choć z stępionym końcem, nic by nie zrobiła, ale na niej wisi wiadomość.
Za godzinę, pod drzewem spotkań, Kotna wie gdzie to jest, przyprowadzi cię, a potem pójdzie. Masz być tylko ty, Mellark. Nikt więcej, jeden na jednego. To nie propozycja, to żądanie, do którego radzę się podporządkować. Walka na pieści.
~Wiesz od kogo.
- Nigdzie cię nie zaprowadzę! - Mówię po zobaczeniu miny Peety, która niemalże mówi "Szykuj się na niezły łomot".
- Katniss, musisz.
- Wydawało mi się, że to ty jesteś ten rozsądny, a ja ta, co robi po swojemu.
- Bo tak jest, to jest rozsądna decyzja.
- Nie! On cię zabije! - Niemal krzyczę. - Zdurniałeś? - Mam dalej ciągnąć opieprzanie Peety, ale z mojego gardła rozlegają się dławiące dźwięki, łzy spływają po policzkach.
- Katniss, uspokój się, zrobimy tak, ty mnie zaprowadzisz, odejdziesz ileś metrów, udasz, że idziesz do domu, ale tak naprawdę wejdziesz na drzewo i będziesz obserwować, jak coś, pomożesz mi. - Proponuje Peeta.
- Nie ryzykuj, proszę cię.
- Spokojnie, musimy to zrobić.
- Dobrze.
Godzina mija okropnie, ja tylko płaczę.
- Zbieraj się. - Mówię w końcu chrapliwym głosem. Peeta ociera moje łzy.
- Będzie dobrze.
Jesteśmy blisko drzewa spotkań, zawsze na polowania spotykaliśmy się pod tym drzewem.
Drzewo. Gale już tam stoi. Przytulam się do Peety i życzę mu szczęścia. Na koniec całuję go w usta, co denerwuje Gale'a.
Odchodzę trochę i zaczynam oglądać walkę.
- Dobra, Mellark. Zaczynamy. - Mówi Gale.
Stawiają gardy. Gale robi pierwszy cios w głowę. Jasny łeb unika uderzenia, to rozwściesza Gale'a. Peeta uderza go w żebra, chyba mocno. Gale uderza Peetę w głowę, przygryzam dolną wargę. Peeta pada. Gale kopie go nogą w żebra. Rozlega się okrzyk bólu Peety. Nie wytrzymuje. Wybiegam między nich.
- Przestań! - Piszczę rozpaczliwie. Łzy mi lecą po policzkach. - Czy ty nie rozumiesz? Ja go kocham. Rozumiesz?
- Kotna, odsuń się. - Kładzie rękę na moim łokciu i próbuje mnie odepchnąć, ale ja się nie daję.
- Nie. - Mówię stanowczo. - Nie pójdę. - Kucam obok Peety. On cicho pojękuje. - Jak się czujesz? - Pytam go łagodnym tonem.
- Niezbyt dobrze. - Mówi cicho. Posyłam Gale'owi ciężkie spojrzenie. On patrzy na Peetę, ale jak król na poddanego, z wyższością.
- Nie patrz, się debilu, tylko pomóż mi go przenieść. - Czuję się nędznie prosząc Gale'a o pomoc, po tym co zrobił, ale nikt nam nie pomoże.
- Nic dla niego nie zrobię.
- Więc zrób to dla mnie.
- Dobrze. - Zgadza się. Bierze Peetę za kostki u nóg, ja za ręce. Podnosimy go, a on krzyczy z bólu. Niesiemy go do ogrodzenia, i przekładamy przez nie. Gale kładzie Peetę na kanapie.
- Dziękuję. - Mówię. Gale wychodzi, ja idę po matkę i Prim.
- Weźcie jakąś apteczkę czy coś i chodźcie. - Mówię do nich, matka bierze torbę.
- Gdzie idziemy? - Pyta matka, ja nie odpowiadam, więc idą za mną. Wprowadzam je do domu Peety.
- Co mu się stało? - Pyta moja mama.
- Gale miał atak zazdrości, geniusz wymyślił ustawkę w lesie. - Odpowiadam.
- Gdzie dostał?
- W głowę i ma solidnie pokopane żebra. - Mówię. Matka i Prim biorą się do roboty, cały czas trzymam Peetę za rękę. Co parę minut rozlega się krzyk bólu. Zostawiają go i każą się przespać trochę.
- I co? - Pytam się matki cichym głosem, w pewnej odległości od Peety.
- Ma złamane parę żeber, ma nie wychodzić z domu przez dwa tygodnie. - Odpowiada równie cicho.
- Hej. - Mówi Peeta. Najwyraźniej się obudził
- Jak się czujesz? - Pytam.
- Ujdzie w tłoku, ale najlepiej też nie jest. - Przytulam go delikatnie.
- Masz siedzieć w domu przez dwa tygodnie. - Podaje mu herbatę. - Proszę.
- Dzięki.
Ja wiem! Ja zaraz będę pożarta hejtami od Team Gale!
Dziękuje wam przecudnie za te 500 wyświetleń, pół tysiąca tak motywuje! Ja czuje, że mam dla kogo zarywać noce i zbierać pały. (zresztą i tak zbieram lufki)
Ja, ta zua i niedobra, oznajmia, że nie będzie jej od poniedziałku do piątku (mam zieloną szkołę).
I myślałam nad takim moim pseudonimem tutaj, na blogu i myślałam nad "Invictus" (z łaciny niepokonana) I bym się na końcu każdego posta tak podpisywała.
~Invictus
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz