czwartek, 8 maja 2014

Rozdział 12:

 Effie nadal płacze, to słodkie że cieszy się naszym szczęściem.
Nasze szczęście... Wiem że taki termin nigdy nie nadejdzie, już zawsze będziemy prześladowani przez Snowa. Ja, ja będę prześladowana przez Snowa. Jeśli nie prawdziwego to tego w mojej głowie. 
Tak, złotko, oczywiście.- Mówi Snow Z Mojej Głowy. Zastanawiam się czy to już rozdwojenie jaźni, czy oszalałam, czy może tylko niemiły skutek uboczny stresu? Szczerze wolałabym już być jak Annie Cresta, szalona trybutka z Czwórki, zawsze mi się wydawało że szaleni ludzie mają wesołe życie, żadnych zmartwień, tylko własny, wyimaginowany świat. Próbuje sobie wyobrazić mój wyimaginowany świat. 
 Przede wszystkim: Peeta, i dzieci, bez zagrożenia. Najlepiej zero Snowa i igrzysk. Każdy normalny człowiek wie że to okrutne barbarzyństwo nigdy nie powinno się zdarzyć. 
  Jednak się zdarzyło, już siedemdziesiąt cztery razy, tym czasem szykują się do siedemdziesiątego piątego... Wylosowano już 1850 dzieci. Okrutne, ale co ja mogę zrobić? Robię sobie w myślach listę dzieci które poległy na wszystkich igrzyskach które znam, wiem że dołączą do niej moje dzieci. Wolałabym mieć jedno. Jeśli Snow by zostawił pierwsze dziecko w spokoju, zapewne mogłabym mieć drugie. Z zamyślenia wyrywa mnie głos Madge.
-Jakie imię byście wybrali?- Pyta, ale to dziecko ma większe problemy niż imię, mimo to nie mam za złe tego że zapytała, nie może wiedzieć o tym że Snow prawdopodobnie złoży je w ofierze na igrzyskach. 
-Nie wiemy. - Mówię i popijam zielonego Piccolo, czuję się dziwnie bo wszyscy dookoła mają alkohol. 
-Dzwonie do Haymitcha. - Mówi Effie i idiotycznie pomyka do telefonu. - Halo, Haymitch... Też tęsknie, ale jest sprawa. - Effie postanawia wziąć komórkę na głośnik.
-Jaka? - Mówi telefon.
- Lepiej porozmawiaj z Katniss. - Podpowiada Effie.
- Nie ma mnie jakieś parę dni, i już nabroiłaś, skarbie?- Mówi sarkastycznie mentor, już wyobrażam sobie jak uśmiecha się złośliwie. 
- Nic nie nabroiłam! 
- Czyżby, skarbie? 
- Jak ja cię nie lubię! Peeta, ty mu powiedz bo ja walnę ten telefon o ścianę!
- Katniss jest w ciąży, Haymitch. - Mówi Peeta.
- Z kim? - Pyta tylko po to by mnie rozwścieczyć, Haymitch lubi tak robić.
- Ja pierdolę, jaki debil... - Robię facepalma. - Się, kuźwa domyśl.
- Hm... Nie wiem, może Święty Walnięty? Chyba trzeba być świętym żeby z tobą wytrzymać w związku.
- Szczerze czekam na tytuł. - Mówi Peeta. 
- Fajnie, gołąbeczki. Ale nadal nie wiem czyje to dziecko.
- Moje, debilu. 
-Aha, rozumiem, jak ja lubię niespodzianki.
-Ciesz się że mnie tam nie ma.
-Cieszę się, skarbie, taka ulga! Nawet nie wiesz jaka! - Nadal mnie denerwuje, więc wciskam "ROZŁĄCZ" tak mocno że jeszcze trochę bym przycisnęła i bym rozbiła ekranik w telefonie Effie.
- Nie lubię go. Pijak cholerny. - Mówię głosem takim że gdyby była to kreskówka pewnie leciałaby mi para z uszu. 
-Hah, wiem, ale się uspokój. - Mówi Peeta.




Krótko dziś, ale nie chciałam robić gówna i przedłużać. Nie mam weny, ale nie będę się przymuszać, to musi być taki BUM, i jest pomysł.
Piszę teraz na brudno nowe opowiadanie które przepisze na jeszcze nie założonego bloga. Tam mam masę pomysłów i mnie rozsadza, ale pewnie niedługo będzie tak z i tym blogiem. 











1 komentarz: